Wywiad: JASSS - Electronic Beats Poland

Wywiad: JASSS

Spotkanie z jedną z najciekawszych postaci współczesnej elektroniki

JASSS to wyjątkowa artystka, uczuciowa w abstrakcyjnych produkcjach, energetyczna w eklektycznych setach didżejskich. Jej album “Weightless” nie bez powodu trafił do zeszłorocznych zestawień najlepszych wydawnictw muzyki elektronicznej. Złapaliśmy JASSS chwilę przed występem na Unsoundzie, gdzie przedstawi swój specjalny projekt audiowizualny.   

 

PK: Zacznijmy od twojego występu na festiwalu Unsound. Przygotowałaś specjalny projekt z Theresą Baumgartner, czy mogłabyś powiedzieć o nim coś więcej? 

 

JASSS: To zupełnie osobne dzieło, zrodzone z pomysłu, żeby zrobić z występu całościowe doświadczenie. Siedziałyśmy razem, rozmawiałyśmy o różnych koncepcjach i ona miała bardzo specyficzne pomysły, które wydały mi się interesujące. Pomyślałyśmy, że Unsound to dobre miejsce na premierę. Theresa bardzo dobrze zna ten festiwal i stwierdziła, że będzie to dobry kontekst dla naszego dzieła. To jest bardzo abstrakcyjny projekt, zbudowany na naszych wrażeniach, jakie wywołują u nas wzajemnie nasze prace. To dużo bardziej wciągające doświadczenie, aniżeli występ, który daję zazwyczaj.  

 

Czy jesteś zainspirowana przez sztuki wizualne? Czy to coś, co pojawia się w twoim życiu od czasu czasu? 

 

Jestem bardzo zainspirowana przez kino. Dużo bardziej niż przez sztuki wizualne – chociaż przez nie też – ale jestem bardzo zainspirowana przez rzeczy, które posiadają narrację. Szczególnie przez dzieła, które mają nielinearną narrację, w których nie ma początku, ani końca. Nie ma też poczucia celu. Dzięki zakończeniu dostaje się to, co się chciało, jakąś konkluzję. Wierzę bardziej w doznania, ciągłe przemiany, niż w jakieś konkretne scenariusze. Zawsze używam tego porównania: człowiek przechodzi różne fazy w swoim życiu i to jest jak zakładanie różnych filtrów i patrzenie przez obiektyw. Każdy ma inny kolor w swoim obiektywie. W zależności od tego, na jakim etapie życia jesteśmy, ten obiektyw będzie inny. I właśnie ten obiektyw interesuje mnie najbardziej. Różne doznania w różnych momentach życia – to jak zaproszenie do mojego koloru w obiektywie.  

 

To ciekawe, bo twój album, “Weightless”, ma pewną narrację, ale zbliżoną do np. literatury postmodernistycznej. To bardziej narracyjne sygnały i emocje, niż ciągła linia. 

 

To w pewnym sensie odbicie tego, jak doświadczam czasu. Przeszłość i przyszłość nie istnieją, to tylko bardzo długie “teraz”. W tym kontekście początek i koniec nie mają zbytniego sensu. To ciągłe “teraz” jest ciągłym doświadczeniem. Oczywiście występ trwa określoną ilość czasu, ma początek i koniec, ale doświadczenie występu czasu nie ma. I to jest dla mnie bardzo interesujące.  

 

To szczególnie ciekawe w kontekście setów didżejskich. Muzyka klubowa jest szczególnie zorganizowana w czasie, odpowiednio ustrukturowana. Jak przekładasz swoje podejście do czasu na DJ sety? A może w ogóle tego nie przekładasz? 

 

W ogóle nie przekładam! (śmiech) DJ’ing to zupełnie inne doświadczenie. Wydaje mi się, że ludzie trywializują eskapizm i radość. Nie jestem wielką fanką eskapizmu, bo uważam go za formę prokrastynacji, ale myślę, że każdy zasługuje na przerwę. I muzyka taneczna to po prostu energia. Jeśli chodzi o DJ’ing, to myślę, że jest bardzo dużo ludzi robiących teraz świetną muzykę i żyjemy w bardzo interesujących czasach dla muzyki. Starsi ludzie lubią mówić: “to wszystko już było, teraz to jest po prostu powtarzane”. I tak, zgadzam się, to wszystko już było i należy do przeszłości – i to jest wspaniałe. Bo mamy tak dużą porcję historii, do której możemy zajrzeć i znaleźć tam tyle wspaniałych rzeczy. To jest nieskończony zasób, bo nieważne, jak długo będziemy kopać, nie da się tego wszystkiego przerobić w trakcie jednego życia. I to jest niesamowite. Stąd jest tylu ludzi, którzy w ciekawy sposób mieszają ze sobą różne energie. Z jednej strony to sprawiło, że rynek jest dużo bardziej konkurencyjny, z drugiej – dzięki temu DJ’e i DJ’ki mogą łatwiej dotrzeć do różnych ciekawych płyt do grania.  

 

Absolutnie – ludzie, którzy narzekają na stan współczesnej muzyki tanecznej nie grzebią zbyt głęboko. Zahaczę teraz o wpływy muzyki afrykańskiej i jazzu, o których lubi pisać prasa przy okazji twojej twórczości. Jak to z nimi jest? Przyznam, że gdzieś słyszę dalekie echa tych wpływów, ale często jest to prezentowane jako główny motyw twojej muzyki. 

 

Myślę, że media zrobiły z tego bardzo specyficzny aspekt prezentowania mojej osoby. Oczywiście, jestem tym zainspirowana, ale jestem też zainspirowana przez Britney Spears! (śmiech) Myślę, że to się wzięło z tego, że w wywiadach mówię często o moich rodzicach. Wychowywałam się w naprawdę małej wiosce i jestem jedynaczką, więc to oni byli moim głównym źródłem wiedzy o muzyce. Słuchałam tego, czego słuchali moi rodzice. Przede wszystkim tego, co mój ojciec nagrywał na taśmy z radia. Był taki kanał, Radio 3, który był wspaniały. Wieczorami i w nocy czasami można było usłyszeć audycje skupione np. na muzyce afrykańskiej. Jeśli chodzi o jazz, to zdecydowanie jest to moja inspiracja, szczególnie klasyka. Np. Miles Davis, czy Duke Ellington – słuchał ich mój ojciec. Później odkryłam Tomasza Stańkę. To są absolutnie znani muzycy, nigdy nie grzebałam za głęboko. To znaczy w pewnym sensie tak, ale w innym nie – nie posiadam wielkiej kolekcji jazzu, nie umiem nazwać wielu rzeczy. A media lubią twierdzić, że jest inaczej. (śmiech) A to zupełnie nie tak – jestem bardzo zainspirowana jazzem, ale to nie znaczy, że jestem kolekcjonerką. To po prostu coś, co wchodzi w tył twojej głowy i tam zostaje. Są rzeczy, które słyszę i zostają ze mną na zawsze. Np. “TUTU” Milesa Davisa, które brzmi bardzo ejtisowo i sprawiło, że śniłam w określony sposób. I to jest też coś, co również odnalazłam np. u Tomasza Stańki. Ten styl grania, powolny, długi, bardzo melancholijny. To zostaje z tobą na zawsze, bo rezonuje z tobą. Być może dlatego, że w moim życiu kolor mojego filtra na obiektywie jest podobny do koloru reprezentowanego przez takie granie.  

Z kolei w twoich setach jest bardzo dużo electro. Co najbardziej lubisz w tym gatunku? 

 

Energię. To, jak wszystko w electro jest bounce’ujące i jak “gumowe” są te dźwięki. Jak bezpośrednie i niewerbalne. Dlatego nie za bardzo lubię EDM, który jest bardzo macho i maskulinistycznym gatunkiem. Electro jest inne. Weźmy choćby werble. Są bardzo mocne i czyste, twoje ciało od razu rozumie energię stojącą za nimi.  

 

A propos mocnej energii, masz również korzenie w ciężkiej muzyce. 

 

Tak. Kilka lat siedziałam na kanapie u przyjaciela i chłonęłam całą muzykę, jaką miał na swoim komputerze. Nie pamiętam, ile lat miałam, ale jego komputer był naprawdę stary. To był bardzo mały pokój i pamiętam, że słuchaliśmy dużo thrash i death metalu. Z czasem rzeczy stały się bardziej doomowe i odkryłam muzykę w wolniejszych tempach, która miała tę samą energię. W końcu trafiłam na Scorn, co rozwaliło mi głowę.  

 

No tak, Scorn to w zasadzie elektroniczny doom metal. 

 

Scorn jest niesamowity! Nie mogę przestać go słuchać. 

 

Czyli cięższe momenty w twojej muzyce mają źródła właśnie tam? 

 

Tak mi się wydaje. Te wszystkie apokaliptyczne, maksymalistyczne momenty. Zdecydowanie nie jestem artystką minimalistyczną. (śmiech) 

 

Przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw. Dystansujesz się od medialnego cyrku, jaki dzisiaj robi się wokół premier płyt. Ale w jakimś stopniu musisz w tym uczestniczyć – rytm branży wystukują media społecznościowe. Jak sobie z tym radzisz, jako osoba, która nie lubi bullshitu? Media społecznościowa sprzyjają zupełnie odwrotnym postawom. 

 

W mediach społecznościowych uczestniczę bardzo mało. Czasem coś zapostuję na Instagramie, czy Facebooku. Najczęściej używam tego do komunikacji z ludźmi. To są źródła informacji – przytłaczającej ilości informacji. Wielu ludzi używa mediów społecznościowych do budowania kariery, wewnątrz i na zewnątrz branży muzycznej. Oczywiście, to jednocześnie bardzo niebezpieczne i wspaniałe narzędzia. Nie jestem pewna, czy jesteśmy gotowi, żeby ich rozsądnie używać. Nie wiemy dokładnie, jak to wpływa na działanie naszych umysłów. Wydaje mi się, że to uruchamia naprawdę mroczne rejony umysłu. Czasami widzę różne dyskusje i zdecydowanie nie chcę w nich uczestniczyć. Nie wiem, czy jesteśmy w pełni świadomi tego, co robimy, kiedy to robimy. W “realnym życiu” wszystko ma swoje konsekwencje, w “wirtualnym” te konsekwencje są niemal takie same i nie wiem, do jakiego stopnia ludzie je rozumieją. To, co mówię, jest bardzo oczywiste, ale staram się trzymać od tego z dala. Przede wszystkim dlatego, że opinie zmieniają się cały czas i nie uważam, że moje opinie są tak ważne, żeby je wyrażać publicznie. Myślę, że pod tym względem można nazwać mnie oldschoolową, bo wolę je dzielić z moimi przyjaciółmi, albo z ludźmi, którzy o nie proszą przy osobistym spotkaniu. Zawsze staram się, żeby ludzie rozumieli, że to tylko moja opinia. Aczkolwiek mam dość mocne przekonania na temat np. feminizmu, seksizmu, homofobii, czy rasizmu. Ale nie wiem, czy media społecznościowe to prawidłowa droga, żeby je wyrażać. Oczywiście nie oceniam ludzi, którzy to robią i nie uważam, że jestem od nich lepsza. Po prostu nie wiem, czy mogę w pełni uczciwie przekazać swoje poglądy, rantując w internecie.  

Powiedziałaś kiedyś, że to, co robisz, jest obrzydliwe – muzyka to bardzo egotystyczne zajęcie. Czy masz jakieś specjalne strategie czy działania, które zapobiegają nadmiernemu pompowaniu ego? 

 

Wszyscy jesteśmy ludźmi, wypełnionymi niepewnościami. Te wszystkie niepewności – mówię to z własnego doświadczenia, ale i doświadczenia ludzi, z którymi o tym rozmawiałam – wychodzą w muzyce na dwa sposoby: “jestem wspaniała!” albo “jestem niczym”. Po prostu robisz swoje rzeczy i tyle. Jeśli jesteś uprzywilejowana na tyle, żeby robić to za pieniądze i robić to dla innych ludzi, a inni ludzie to doceniają – wspaniale, misja skończona. Bitwa z ego jest wyimaginowana. Dla mnie sukces oznacza poświęcenie dla tego, co robisz – z całym tego bagażem. Nie wiem, jak inni ludzie, ale ja często myślę: “nie wiem, co robię!” (śmiech) Jeśli to twój zawód i robisz to, bo masz obsesję na tym punkcie, muzyka wychodzi prosto z ciebie. A kiedy masz agenta, rozmawiasz z prasą – mówisz cały czas o sobie. Czy to nie jest dziwne? Inni ludzie nie mówią o sobie w swojej pracy, bo ich praca nie jest o nich samych. A ja rozmawiam z moim agentem, potem np. udzielam kilku wywiadów pod rząd. Cały czas “ja”, “ja” i “ja”. To jest super dziwne i myślę, że to może być źródło odlotu. Musi być balans, musisz się co jakiś czas zatrzymywać i mówić: “jest ok, robisz, co robisz, nie jesteś lepsza ani gorsza niż inni i to wszystko.” Masz pracę, która przypadkiem jest tym, co najbardziej kochasz w życiu i jesteś szczęśliwa. Mówisz o sobie, bo to twoja praca, nie w tym nic więcej. Oczywiście, można być bardziej lub mniej utalentowaną, ale ostatecznie to tylko praca. Praca to efektywne ujście talentu, niezależnie od tego, czy to muzyka, czy film, czy cokolwiek innego. Myślę, że to zdrowe podejście, przynajmniej dla mnie. Miewam różne interakcje – w świecie muzyki eksperymentalnej, gdzie ludzie zazwyczaj są trochę starsi i mają sporo doświadczenia i w świecie DJ’skim, gdzie ludzie mają zupełnie inny styl życia: każda noc to impreza, ludzie klaszczą, jak się pojawiasz. Widziałam swoich przyjaciół, którzy lekko oderwali się od rzeczywistości przez rzeczy związane z pracą i ego. Można naprawdę na tym ucierpieć. Nie chcę tego. Myślę, że utrzymywanie zdrowia psychicznego w tej branży jest lekko skomplikowane i podchwytliwe i trzeba o to dbać.  

 

Na koniec chciałem zapytać o twój sposób tworzenia muzyki. Mówiłaś kiedyś, że tworzysz w czasach przejściowych. Czekasz na takie momenty? 

 

Na szczęście moje życie jest w ciągłym stanie przejściowym. (śmiech) Zazwyczaj rzeczy się piętrzą – wrażenia z życia, impresje ludzi i miejsc – i nie muszę nic robić. Te wrażenia magazynują się w głowie i sercu, nie przepracowujesz ich od razu. W końcu wychodzą na zewnątrz – dla mnie to one są źródłami muzyki. Wkładam wysiłek w przekładanie ich na dźwięki. Ale to uczucia – i zazwyczaj rzeczy mają sens, dopiero kiedy się skończą. Czasami trzeba je po prostu wypuścić na zewnątrz. Są takie okresy, kiedy nic nie wychodzi na zewnątrz. I to jest ok – można robić wtedy inne rzeczy, np. szlifować techniczne umiejętności, eksperymentować z dźwiękiem itd. Albo zrobić coś niemuzycznego, np. pójść zobaczyć przedstawienie. Myślę, że wszystko wokół ciebie może być źródłem inspiracji. Oczywiście to zależy od tego, jak wrażliwą jesteś osobą i jak znaczące rzeczy dzieją się w twoim życiu.  

 

Dziękuję za rozmowę. Jestem bardzo ciekaw twojego występu na Unsoundzie. 

 

Ja też. Nigdy nie byłam na tym festiwalu, a słyszałam o nim same dobre rzeczy.