Trapowa metalmania - Electronic Beats Poland

Trapowa metalmania

Fuzja muzyki gitarowej i hip-hopu wraca ze zdwojoną siłą.

Każde pokolenie ma osobny język buntu, generacyjny kod pomagający poradzić sobie z burzą hormonów i dysonansem między młodzieńczymi oczekiwaniami, a (zazwyczaj) zawodną rzeczywistością. To śpiewka stara jak świat – od rock’n’rolla, poprzez muzykę hippisów, punk, heavy metal, grunge, nu metal, rap, aż do trapu – starsze pokolenie zawsze będzie krytykować wybory tego młodszego. Czy z pozycji moralizatorskich, czy estetycznych – muzyka młodych poddawana jest najostrzejszej krytyce. Nie inaczej jest dzisiaj z najróżniejszymi odcieniami trapu, który najmocniej zagospodarował całą gamę nastoletnich uczuć, pragnień i marzeń. Pogardliwy termin “mumble rap”, ciągła krytyka raperskiego wyglądu i zachowań, z wisienką na torcie w postaci klasycznej śpiewki “kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów”. Mam z tym duży problem, bo tę krytykę przeprowadzają osoby zazwyczaj starsze, do których ta muzyka kierowana jest co najwyżej odległym rykoszetem. Z jednej strony rozumiem zaangażowanie w obronę muzycznej jakości (która jest tak naprawdę bardzo relatywna), z drugiej – przypomina to znęcanie się nad Fortnitem, czy inną młodzieżową rozrywką. Nie prowadzi to do niczego konstruktywnego, a kończy się zazwyczaj ostrą retortą i jeszcze większą polaryzacją. Nie mówiąc o tym, że dopiero dystans wielu dekad pozwala spojrzeć choć odrobinę obiektywnie – żyjemy tu i teraz i zbyt dużo inwestujemy w rzeczywistość, żeby zdobyć się na prawdziwie bezstronną ocenę.

Dlatego zamiast znowu ucierać nosa osobom 35+ narzekającym na stan rapu, wolę spojrzeć na bardzo interesujący aspekt trapomanii – jej słabość do metalu. Oczywiście, słabość to głównie powierzchowna, ale nie da się ukryć, że duch kiczowatej rebelii i równie przesadzona estetyka znalazły podatny grunt u trapistów i ich publiczności. Zacznijmy od rzeczy najbardziej płytkiej – estetyki. I o ile horror i gore były w rapie od dawna (horrorcore, raperzy typu Hopsin czy Tech N9ne, który zresztą miewał gitarowe bity), to od kilku lat widzimy np. Travisa Scotta paradującego w koszulkach thrashowych zespołów, a nie zdziwiłbym się, gdyby logo Slayera w jakiejś formie trafiło do H&Mu. Metalowa estetyka oferuje całą gamę rozwiązań – od kiczowatego gore’u death metalu i grindcore’u, komiksową kreskę thrashu, po satanistyczne prowokacje black metalu. Prowadzi to oczywiście do zabawnych sytuacji, kiedy ofiary mody przywdziewają na siebie nieświadomie koszulki zespołów i artystów, których poglądów nie znają. Już nie tylko pogubieni hipsterzy z OFF-a i Unsoundu łapią się na fajowość Burzum – kiedy byłem na berlińskim festiwalu Bread&&Butter widziałem sporo ludzi ewidentnie na bakier z researchem. Szczególnie pozdrawiam czarnoskórego chłopaka w koszulce Megadeth – chyba nie znał poglądów Dave’a Mustaine’a na temat czarnej społeczności w Ameryce. Ta powierzchowna apropriacja bardziej bawi, niż irytuje. Jest też doskonałym podsumowaniem tego, jak w naszych czasach funkcjonują symbole i stylistyki – późny (post)postmodernizm za nic ma sobie pierwotne znaczenia, po prostu bierze to, co mu się podoba i przykrawa do własnych celów. Symbole buntu, czasem bardzo tragicznego, czy – w przypadku black metalu wręcz odrażającego – zostają ugrzecznione, sprowadzone do fajnego obrazka, czy estetycznego wygrzewu. Co widać w innym elemencie, który trap przejął od metalu/punku/hardcore’u – mosh picie.

Tzw. “młyn” to dość agresywna metoda rozrywki. Zazwyczaj publiczność dzieli się na dwa obozy, które w określonym momencie (w przypadku trapu na dropa) mieszają się ze sobą, często zderzając się z dużą siłą. Za złotych czasów thrash metalu członkowie niektórych zespołów mówili, że dobry koncert to taki, na którym ludzie wychodzą z mosh pitu z krwią na twarzy. Dzisiaj wygląda to trochę inaczej. Widziałem wiele trapowych mosh pitów i wszystkie były raczej grzeczne. Tak, to z jednej strony upust młodzieńczej energii – czy to słusznego wkurwa na świat, czy po prostu radości z imprezy z przyjaciółmi – ale z drugiej lepiej nie poniszczyć tych drogich Nike’ów, nie podrzeć tej designerskiej koszulki. Zrozumiałe! Ale raczej odległe od bestialskiego zatracenia thrashowej rozpierduchy. Nie chcę tutaj podważać legitymacji trapowego mosh pitu – być może widziałem za mało, a istnieje wiele przypadków, kiedy żarna młyna mielą ludzi jak trzeba. Mosh pit okazuje się być świetnym ujściem dla młodej, zmierzwionej energii – wiedzą to ciężkie gitarowe gatunki od punku po thrash, wie to też trap.

 

Na koniec zostaje nam muzyka. Mariaże hip-hopu z ciężką muzyką gitarową wychodzą… Różnie, eufemistycznie mówiąc. Od udanego eksperymentu Rage Against The Machine, poprzez lekko kuriozalną współpracę Anthraxu z Public Enemy (i Sir Mix-A-Lota z Metal Church), aż do koszmaru zwanego nu metalem (np. Limp Bizkit – pamiętamy [*]) [opinie autora nie pokrywają się z opiniami redakcji – Papa Roach fo lajf przyp. red.], historia zna wiele takich przypadków i większości z nich żałuje. Dzisiaj nie brakuje (t)raperów, którzy korzystają z dziedzictwa ciężkiego grania do kreowania szczególnie emocjonalnych dźwięków. Jako pierwszy przychodzi na myśl Lil Peep, który czerpiąc z nurtu emo, nawijał pod bity podszyte gitarami. XXXTentacion również miał emo inklinacje, które skutkowały raczej gorszymi kawałkami w jego krótkiej karierze. Darcie mordy Scarlxrda ma zasięg od hardcorowych krzyków po niemal blackowy skrzek. ZillaKami x SosMula czyli City Morgue mają nie tylko ciężkie, gitarowe podkłady, także potrafią wyciągać z siebie nieludzkie dźwięki, czasem zbliżające się do deathowego growlu. Wystarczy przejechać się chwilę po bezdrożach Soundclouda i YouTube’a, by znaleźć dzesiątki, jeśli nie setki podobnych przypadków – niektórych mniej, innych bardziej udanie korzystających z metalu, hardcore’u, czy emo, by ubrać agresję, rozpacz, czy gniew w rapowaną formę. Zresztą od “Yeezusa” Kanyego Westa przesterowane bębny i wokale zupełnie nie dziwią. Sięgnięcie po muzykę gitarową wydaje się być następnym krokiem.

Myślę, że to dopiero początek i czekają nas jeszcze cięższe bity i jeszcze więcej agresji w wokalach. Muzyka gitarowa w undergroundzie ma się niesamowicie dobrze, ale w mainstreamie jest po prostu pośmiewiskiem, zamkniętym między odrażająco syntetycznym Imagine Dragons i fałszywie “prawdziwym” Greta Van Fleet a dziesiątkami tekstów pod tytułem “rock nie żyje” i kolejnymi trasami pożegnalnymi dinozaurów. To, że trap sięga po gitary, metalową/punkową ekspresję i estetykę wyjdzie wszystkim na dobre – nie tylko dlatego, że trap dotarł do kreatywnej ściany, ale także dlatego, że udanych fuzji muzyki gitarowej z rapem było na przestrzeni dekad naprawdę niewiele. Czy teraz będzie ich więcej? Być może. Chociaż już zlatują się sępy koszmarnej muzyki – bardzo polecam sprawdzić iście bolesną fuzję metalcore’u z trapem, czyli Bone Crew – “Back It Up”. Na takie kwiatki też musimy być gotowi, ale jak długo będziemy mieli więcej Scarlxrdów czy City Morgue niż Bone Crew, tak długo to nieświęte przymierze może być naprawdę ciekawe. Nawet jeśli ten bunt i agresja wieją czasem sztucznością, podszytą znakiem dolara, to dobrze wiedzieć, że duch rebelii nie zniknął z rapu na dobre.