Techno lincz - Electronic Beats Poland

Techno lincz

Standardy, których brakuje.

Humor jest rzeczą subiektywną, a dzięki zdobyczom postmodernizmu potrafi być również rzeczą subwersywną. Cenię sobie tę możliwość przekraczania granic, nakłuwania balonów często fałszywej (bądź zobojętniałej) powagi ponad ciężkimi wydarzeniami z przeszłości. Daje to możliwość dystansu, potrafi też leczyć. Bardzo często jednak ta możliwość przeginania nadrabia niedostatki w kreatywności i nigdzie nie widać tego tak mocno, jak w nazewnictwie techno bib. “Ostatnia kreska ratunku”, czy ostatnio – “Techno macht frei”, to nie jest humor najwyższych lotów i raczej kreatywnie zbankrutowany. Czy powinniśmy zatem zabronić takich “żarcików”? Myślę, że nie, bo ich istnienie powinno być powodem palącego wstydu, kiedy twórcy i twórczynie tych wykwitów spojrzą wstecz za parę lat – lub kiedy wyjdą poza fascynację wczesnym South Parkiem. Natomiast warto o tym rozmawiać. Warto zwrócić uwagę na to, że “Ostatnia kreska ratunku” to nawet nie sztubacki, ale gówniarsko-gimbazowy żart, na poziomie wnoszenia flaszki na studniówkę i dumy z takiego buntowniczego aktu. Warto głośno powiedzieć, że “Techno macht frei” żenuje, bo “techno” z nazwy imprezy uwalnia jednak w zupełnie inny sposób, niż praca przymusowa pod hitlerowskim butem, która prowadziła do wolności ostatecznej. Śmierci.

Powinniśmy dyskutować, ba, można nawet bronić takiej nazwy – na własną odpowiedzialność, szczególnie w czasach, kiedy parszywy łeb zbrodniczych ideologii XX wieku znowu nosi się wysoko. Ale to, czego nie powinniśmy robić, to linczować kogoś publicznie. Pływać w samozadowoleniu, by regularnie opluwać ludzi, którym zależy – może czasem za mocno, może czasem niezręcznie, ale jednak.

Na polskiej scenie klubowej jestem obecny dobrych parę lat. Jako producent, DJ, (dawniej) promotor i dziennikarz. I nigdy ta scena nie była tak podzielona. Nigdy ludzie, którzy działali na rzecz podstawowych wartości przynależnych klubowemu światu – emancypacji, równości, wolności – nie słyszeli tylu krzywdzących słów na swój temat. Jeśli ktoś uważa, że organizowanie imprez dla uchodźców, protestów pod ambasadami (byłem, polecam – nie ma lepszej formy sprzeciwu niż taniec!), otwarte mówienie o seksizmie w klubach, wreszcie – piętnowanie wykorzystywania zbrodniczych haseł do promowania techno bibuni, to przyczynek do pompowania własnego ego, lub wieczne “wszczynanie gównoburz”, to mam do niego kilka słów. Wasz słowiański biedamaczyzm, “apolityczność muzyczki”, którą głosicie z taką dumą i samozadowoleniem, są przerażające. Nic nie jest apolityczne, to raz. Dwa, podcinanie skrzydeł, to najbardziej januszowe zachowanie, jakie w Polsce istnieje – a z tego, co rozumiem, z januszowaniem nie chcecie mieć nic wspólnego.

Dla tych, którzy czują się zagubieni, spieszę z kontekstem. Jakiś czas temu pojawiło się wydarzenie “Techno macht frei”, organizowane w fajnym skądinąd, łódzkim klubie DOM. I tak, jak rozumiem bycie “edgy”, rozumiem postmodernistyczny dystans i szyderę, tak wydało mi się to … hm, nieodpowiednie? Nie tylko mnie. Virtual Geisha, DJ’ka z Krakowa, zgłosiła wydarzenie Facebookowi (i bardzo otwarcie wyraziła dezaprobatę w osobnym poście) – podejrzewam, że nie ona jedna. Po zdjęciu eventu, wciąż wisiał plakat, więc tym razem ja zgłosiłem ten wątpliwy content. Ponownie – nie sądzę, że byłem odosobniony. W mojej bańce oburzenie na nazwę imprezy było dość powszechne, przede wszystkim połączone z niedowierzaniem. Ale ok, jak już ustaliliśmy – można się różnić w poczuciu humoru, Jakież było moje zdziwienie, kiedy klub DOM wystosował “odpowiedź na akcję Jacka Plewickiego”. Pal sześć sam styl odpowiedzi (np. publikowanie prywatnej korespondencji), ale fakt, że tak łatwo było wywnioskować, że za zgłoszeniami stał “gównoburzowy lider” polskiej sceny klubowej, jest zatrważający. Dla rozjaśnienia – Jacek Plewicki stoi m.in. za cyklem Brutaż i Światło, razem z ekipą organizuje wiele pożytecznych akcji, ale przede wszystkim – ma wyraziste poglądy i bardzo często depcze po odciskach. Po tej oficjalnej “odpowiedzi” klubu, zaczął się publiczny lincz, w którym brali udział DJ’e z polskiej sceny klubowej (pozwólcie, że nie będę ich wymieniał – powodów jest kilka, najważniejszym jest kwestia smaku). Nie będę przytaczał chamskich przytyków, ignoranckich wypowiedzi, czy zasłaniania się “wolnością słowa”. Ta sytuacja wpędza w depresję, tak zwyczajnie, po prostu, smuci.

Chcę wierzyć, że ci ludzie są ok. Co więcej – większość z nich znam osobiście i to mili ludzie. Ale jest coś w facebookowej atmosferze, że wyciąga z nas (bo sam jestem winien socialmediowego pieniactwa) najgorsze ludzkie cechy. Bardzo łatwo obrać cel, jeszcze łatwiej w ten cel walić jak w bęben. Czy to w sprawie seksizmu na scenie klubowej, czy ogólnego zaangażowania muzyki tanecznej w politykę (ponownie – rzecz znana od jej zarania!), Jacek Plewicki wyrósł na kozła ofiarnego zadowolonych z siebie, ukrytych maczystów i innych techno brosów, którzy seksizmu “nie widzą”, za to widzą tylko “muzyczkę”. I możecie być pewni, że będą o tym mówić głośno. I w wątpliwy estetycznie sposób.

Rozmawiajmy, dyskutujmy, różnijmy się, mylmy się. Ale nigdy nie róbmy linczu na kimś, szczególnie kiedy nie jest to do końca prawda. Za facebookowe “zdelegalizowanie” (LOL, że tak powiem) imprezy “Techno macht frei” nie odpowiada jednostka – odpowiada ignorancja i kiepskie poczucie humoru jej organizatorów. I więcej osób, niż ten nieszczęsny Plewicki, który wyrósł na straszydło rodzimej sceny, które przyjdzie i politykowaniem popsuje dobrą zabawę. Najbardziej dziwię się w tym wszystkim klubowi DOM – o ile po kilku nienawistnych gagatkach nie spodziewałem się wiele, tak po zasłużonym dla niezależnej muzyki miejscu już tak. Nie sądzę, że Jacek wymaga obrony i nie chcę, żeby ten tekst był tak odebrany. Chciałbym zwrócić uwagę na pewne standardy, a raczej ich brak i wręcz obsesyjne połajanki jednej osoby. Mimo, że takich osób jest dużo więcej i należy im się szacunek (jak każdemu).

Na koniec tych dość emocjonalnych wypocin, podbiję te emocje jeszcze bardziej i zaapeluję. Jeśli się ze sobą nie zgadzamy, a nie możemy dojść do porozumienia, to po prostu siedźmy cicho. Zostawmy siebie w spokoju. Jeśli chcemy dyskutować – a przecież warto to robić – to postarajmy się o coś więcej, niż personalne wjazdy. Osobiście nie szanuję kultury milczenia i kiedy coś mi się nie podoba, po prostu o tym mówię – coś, czego bardzo mi brakuje na polskiej scenie muzycznej, nie tylko klubowej. “O gustach się nie dyskutuje” – kompletna nieprawda, ale jednak jakieś standardy powinny obowiązywać. Afera wokół niesmacznego żartu pokazała, jak bardzo ich brakuje. I to przygnębiające, szczególnie w kontekście muzyki, która ma nas uwalniać i dawać bezpieczną przystań…