Spotify i Temida - Electronic Beats Poland

Spotify i Temida

Serwis streamingowy walczy z nienawiścią. Wybiórczo.

Od lat męczy mnie koszmarny paradoks: ludzie są o wiele gorsi niż, to, co tworzą. Nigdzie ten paradoks nie objawia się bardziej, niż w świecie kultury i rozrywki. Artyści i artystki zawodzą na całym spektrum: od bycia zwykłymi dzbanami po ohydne zachowania, które zasługują na więzienie. Jeśli chodzi o muzykę, to niezależnie od gatunku, można znaleźć prawdziwych wizjonerów i wizjonerki, których ludzkie przywary po prostu odrzucają. Jazz? Miles Davis był bardzo złym człowiekiem (odsyłam do “So What” Johna Szweda), mój osobisty muzyczny bohater Sun Ra był autorytarnym psychopatą. Metal? Burzum to dźwiękowy geniusz, ale przy okazji paranoiczny naziol i morderca. Hip-hop? Od kogo by tu zacząć… Problem oddzielania twórcy od dzieła jest raczej nie do rozwiązania i jako odbiorcy musimy sami stawiać bariery – to kwestia osobistego smaku. Mimo, że bardzo chciałbym posłuchać “Ignition”, to wszystkie fakty (bo na tym etapie to już fakty) otaczające personę R. Kelly’ego mnie po prostu od tego odrzucają. To reakcja fizjologiczna, a zatem osobista. Jako słuchacze i słuchaczki stoimy w relatywnie łatwiej pozycji wobec tego problemu – po prostu możemy nie słuchać muzyki tworzonej przez ludzi, których zachowań nie akceptujemy. Co oczywiście nie znaczy, że mamy milczeć – nigdy wcześniej nie było tylu różnych kanałów oburzenia. Instytucje branży muzycznej nie mają takiej swobody i tu zaczyna się prawdziwa zagwozdka.

Spotify ogłosiło, że usuwa muzykę R. Kelly’ego i XXXtentacion z własnych playlist i innych polecanek, których jest kuratorem. To część nowej polityki firmy, nazwanej “Hate Content & Hateful Conduct” – zasad, które mają zapobiegać obecności nienawistnych treści na serwisie. Brzmi rozsądnie. Poza tym, że w ogóle rozsądne nie jest. Pal sześć, że usuwanie z playlist to PR-owy półśrodek – prawdziwą karą byłoby usunięcie muzyki z serwisu, co, jak słusznie zauważa samo Spotify, byłoby cenzurą. Serwis streamingowy stawia się w roli moralnego sędziego, co jest bardzo kontrowersyjne – co z gangsta rapem? Co z ekstremalnym metalem czy punkiem, gatunkami, które żywią się nienawiścią (motywowaną na różne sposoby – od politycznych po religijne) i dzięki nienawiści istnieją? Kto oceni różnicę między artystyczną kreacją a prawdziwie szkodliwymi treściami? Nie twierdzę, że taka ocena jest niemożliwa, ale myślę, że Spotify kompletnie nie powinno się tym zajmować. Pusty gest usunięcia z playlist i korporacyjny bełkot zawarty w nowych zasadach to nic innego, jak próba wizerunkowego zysku na aferach otaczających artystów. Czy R. Kelly powinien funkcjonować w branży muzycznej? Oczywiście, że nie. Ale to jego wytwórnia i management – gdyby nie byli demonami napędzanymi mamoną – powinni podjąć decyzję o zerwaniu współpracy. Reakcja managera XXXtentacion była poniekąd słuszna – opublikował listę artystów, na których ciążą różne zarzuty i zadał pytanie: a co z nimi?

Spotify, mimo silnej pozycji zbliżonej do monopolu, nie może być moralnym sędzią, z prostego powodu – zarabia na różnych gnidach i szumowinach zaludniających branżę muzyczną od jej zarania (Ike Turner, anyone?). Stąd decyzja o usunięciu Kelly’ego i X’a wyłącznie z playlist – ich muzyka wciąż będzie na serwisie, wciąż będzie napędzać zyski firmy. Spotify nie dba o cenzurę, dba o pieniądze. A usunięcie jednej z największych gwiazd współczesnego rapu i legendy R&B byłoby po prostu strzałem w kolano, bo konkurenci Spotify jak na razie nie zamierzają podłączać się do tej akcji. Nie jest tajemnicą, że wielki biznes lubi podczepiać się pod społeczne wzmożenie – wystarczy przypomnieć sobie nieszczęsną reklamę Pepsi. I zadaniem odbiorców jest przejrzeć przez ten bullshit. Spotify nie ma najlepszej prasy – co chwilę można usłyszeć historię o skandalicznych stawkach płaconych artystom – więc przynajmniej może wykreować się na obrońcę moralności. To jest bezczelność zasługująca na szyderczy rechot, przypominająca sytuację, w której ktoś polewa ścianę płonącego budynku szklanką, a później robi sobie zdjęcie ze strażakami jako bohater.

To, w jaki sposób poradzimy sobie z paradoksem rozdziału postaci twórcy od dzieła, to indywidualna sprawa. Owszem, powinniśmy naciskać na instytucje branży muzycznej, żeby reagowała na ewidentne nadużycia – a sprawa R. Kelly’ego jest takim przypadkiem (swoją drogą za tak długie trwanie potwora o anielskim głosie odpowiada m.in. wytwórnia RCA, która oczywiście milczy na ten temat). Ale ruch Spotify to niezrozumiałe otwarcie puszki Pandory, czy kontynuując antyczne wątki – selfie z węzłem gordyjskim oplecionym wokół szyi. Pod takim zdjęciem nie zostawia się serduszka, tylko brzydki komentarz.