Pussy Power - Electronic Beats Poland

Pussy Power

Sprośne kobiety robią rewolucję.

 

Nigdy nie zapomnę, kiedy koleżanka z liceum puściła na imprezie klasowej Khię i jej “My Neck, My Back”. Byłem przerażony. Nasza kultura uczy mężczyzn bać się kobiecej seksualności – w końcu to mężczyźni od wieków są jej władcami, oni wyznaczają normy zachowań i zasady rozmowy na ten temat. Co prawda w tamtej sytuacji nie bałem się o utratę symbolicznej władzy (moje główne zainteresowania leżały w paleniu lufek za krzakiem i grach RPG, więc sprawy cielesne były dla mnie obiektem strachu), ale kobieta otwarcie mówiąca o swoim pożądaniu potrafi nieźle napędzić stracha facetom – od znerdziałych przegrywów do potwornych macho, którzy od kilku lat widzą, jak bardzo patriarchalna władza nad kobiecą seksualnością wymyka im się z rąk. I tak, jestem w pełni świadomy ironii tej sytuacji – że jako facet piszę o kobiecej seksualności. Ale żeby być fair, moje zainteresowania nie poszerzyły się bardzo od czasów licealnych, więc uznajcie to za zdystansowaną perspektywę nerdzika.

Nie wiem, czy są bardziej seksualne gatunki muzyczne, niż hip-hop, dancehall i R&B. Niestety, to właśnie w nich odbija się mniej lub bardziej skrywany seksizm branży muzycznej. Uprzedmiotowianie kobiet jest najbardziej widoczne w tekstach i teledyskach, a co dzieje się za kulisami, można się tylko domyślać. R Kelly do dzisiaj chodzi spokojnie na wolności, mimo, że tajemnicą poliszynela są jego seksualne ekscesy. Nawet kobiece gwiazdy R&B swoją seksualność pokazują w większości przypadków jako odbicie męskiego spojrzenia. Całe szczęście to się zmienia, a kiedy pogrzebiemy w historii, to znajdziemy wiele pionierek, idących pod prąd męskiej dominacji (przynajmniej w tekstach, mechanizmy branży niestety niewiele się zmieniły…).

Wspomniana na początku Khia szokowała. “Let’s Talk About Sex” Salt-N-Pepa przy “My Neck, My Back” brzmi jak szkolna rymowanka. Ale to dzięki Khii, Lil’ Kim, czy Trinie masa dziewczyn i kobiet uświadomiła sobie, że o seksie mogą mówić samodzielnie i równie – jeśli nie bardziej – wulgarnie, co faceci. Zresztą wulgarność jest często argumentem służącym dyskredytowaniu wspomnianych artystek. A to właśnie radykalność tego gestu – stworzenia hiperseksualnych bohaterek – jest tak ważna. W teledyskach tych kobiet role są odwrócone – to nie one wiją się wokół umięśnionych samców, zazwyczaj jest odwrotnie, a czasami nawet można zobaczyć sceny żywcem wyjęte z imaginarium sadomasochistycznego. Nie jest rzadkością kobieta z batem, czy stąpająca po męskich ciałach. To mocny komunikat, zgodny z kampową strategią przejmowania języka opresji. Kiedy Trina deklaruje, że jest “Da Baddest Bitch”, to automatycznie osłabia negatywny wydźwięk tego brzydkiego słowa na “b”, którego kariera w hip-hopie sprowadza się głównie do określania sztuk w katalogach podbojów jurnych raperów. Bliżej naszych czasów mamy grupę PTAF, której utwór “Boss Ass Bitch” stał się quasi-feministycznym hymnem. Nie zapominajmy również o Jamajce i postaciach w rodzaju Lady Saw, które wręcz wydzierają dla siebie miejsce w zdominowanym przez mężczyzn nurcie slackness, zorientowanym na cielesne przyjemności.
Równie ważna jest dyskusja o akceptacji swojego ciała – męska perspektywa narzuca tutaj ideały, ale dzięki Missy Elliot nawijającej z dumą o swoim “tummy”, czy Princess Nokii z jej “small titties” i “phat belly” być może ktoś nie wpadnie w depresję z powodu swojego wyglądu, dalekiego od instagramowych wzorców. W tym roku swój nowy album wydała królowa akceptacji – CupcakKe – i z miejsca wzbudziła kontrowersje.

YouTube, dom dla soft-porno wideoklipów Travisa Scotta i innych chłoptasiów, stwierdził, że teledyski CupcakKe są zbyt wulgarne – co jest jawnym dowodem na podwójne standardy. Owszem, CupcakKe jest niesamowicie sprośna – dumnie kontynuuje linię wyznaczoną przez Lil’ Kim w 1996 na krążku “Hard Core” – ale tym, co różni jej seksualną dezynwolturę od kolegów po fachu, jest wyłącznie większa bezpośredniość przy większej kreatywności. Kobiety o seksie nawijają i śpiewają o wiele ciekawiej, niż mężczyźni, nawet przy najgorszym świntuszeniu nie rezygnują z zabaw słownych (bardziej udanych niż te Thuggera czy Weezy’ego, od których bolą zęby). Do CupcakKe śmiało można dołączyć Cardi B, która na swoim debiutanckim albumie “Invasion of Privacy” deklaruje, że jest “bully in bed” i nie stroni od otwartych nawijek o seksie. I o ile można – poniekąd słusznie – zarzucić Cardi, że mówi ze zdecydowanie bardziej centralnego miejsca w mainstreamie, to jej poprzedniczki w rodzaju Triny czy Lil’ Kim okupowały znacznie mniej prominentne pozycje i raczej wypada się cieszyć, że tego rodzaju afirmację deklaruje tak popularna artystka. To, co z pewnością różni Cardi B i CupcakKe, to postawa wobec społeczności LGBT. CupcakKe w wielu miejscach swojej twórczości otwarcie ją wspiera, Cardi ma na koncie dość niefrasobliwą obronę homofobicznych tekstów swojego narzeczonego, Offseta z Migos. Do sumy tych różnic dorzuciłbym jeszcze jakość muzyki – o ile “Invasion Of Privacy” to porządny, mainstreamowy krążek z trapem, tak “Ephorize” CupcakKe wręcz buzuje różnorodnością, ciekawymi bitami, flow i tekstami.

Na koniec chciałbym pośpiewać peany na cześć artystki, której ostatnie single sprowokowały ten tekst. Janelle Monae 27.04. wyda swój nowy album, “Dirty Computer” i dawno tak nie czekałem na żaden album. Oczywiście wokalistka jest dużo bardziej subtelna w swoich tekstach, niż np. CupcakKe, ale jej głos jest równie mocny. Doskonałe single: prince’owy do bólu “Make Me Feel” (jak mówi sama artystka, Prince to jedyny mężczyzna, który umiał mówić o kobiecej seksualności), zaskakująco trapowy “Django Jane”, pełny wigoru “PYNK” i spokojniejszy “I Like That” buzują od emancypacyjnej siły i symboliki – zarówno w tekstach, jak i kapitalnych teledyskach. Janelle Monae w wielu wywiadach podkreślała, że bardzo często czuła się pozbawiona władzy nad swoim ciałem. Kiedy promowała album “The ArchAndroid”, czy to w czasie sesji zdjęciowych, czy innych branżowych sytuacjach, słyszała krytykę swojego androgynicznego ubioru i śpiewkę starą jak świat: “mogłabyś ubierać się bardziej kobieco” (lub znacznie wulgarniejszą wersję tej uwagi, zarezerwowaną dla mrocznej przestrzeni internetowych komentarzy). “Dirty Computer” to sprzeciw wobec tej bezwolności, radykalny gest przejęcia władzy i nawoływanie reszty kobiet do zrobienia tego samego. To także afirmacja własnej seksualności, do której – co dobitnie pokazują ostatnie teledyski – wcale nie potrzeba mężczyzn. Więc do niczego nie nawołuję, do niczego nie zachęcam – kobiety robią to same. Za to chętnie składam hołd odważnym kobietom i doceniam, że o cielesnych przyjemnościach potrafią mówić ciekawiej niż faceci. Może kiedyś przestanę się bać “My Neck, My Back”!