Jak pokochałem konia alkoholika - Electronic Beats Poland

Jak pokochałem konia alkoholika

Wszyscy bywamy BoJackiem.

Niedawno pisałem o animacjach dla dzieci, które mają sporą publiczność pośród dorosłych. Oczywiście, nie brakuje też animacji wprost kierowanych do pełnoletnich. Klasyka w rodzaju South Park (właśnie zaczął się nowy, 22 sezon – otwarcie jest piekielnie mocne) ma od niedawna bardzo mocnego konkurenta, konia – alkoholika BoJack Horsemana.

Serial produkcji Netflixa zyskał ogromną popularność, ale w przeciwieństwie do np. Ricka i Morty’ego – skądinąd też wyśmienitego – nie musi chełpić się swoim ekscentryzmem. Przez swoją przyziemność nie sprzyja fanbojskiemu wywyższaniu i raczej nikt nie powie: “musisz być inteligentny, by zrozumieć BoJacka”. Mówiąc górnolotnie: BoJacka rozumie każdy, bo każdy bywa BoJackiem. Każdy miewa chwile słabości, kiedy pakuje się w niezbyt dobre sytuacje i po prostu patrzy, jak negatywne konsekwencje błędów, bierności, kunktatorstwa czy konformizmu wreszcie doganiają rzeczywistość. Znakomite postacie to sól dobrej serialowej ziemi, to na nie projektujemy swoje nadzieje i lęki, to w nich szukamy ukojenia w porażce i radości w sukcesie. Zdemoralizowany BoJack, pozornie niewinny Mr. Peanutbutter, pogubiona Diane, czy cyniczna Carolyn to twory dalekie od jednowymiarowości – każdy z przymiotników, jakimi je określiłem, to tylko powierzchnia, pod którą kryją się prawdziwie ludzkie głębiny.

Setting “BoJack Horsemana” nie jest niczym nowym – świat, w którym z ludźmi koegzystują inne stworzenia na “ludzkich” prawach pojawił się choćby w porządnej serii “Ugly Americans”, gdzie na Ziemi żyły istoty z mitologii i demony z piekieł. Takie pomieszanie porządków jest dość czytelnym zabiegiem komediowym i stanowi dobre tło dla gagów. Myślę, że gdyby akcja “BoJacka” odbywałaby się w “normalnym” świecie, serial wciąż odniósłby sukces – ale pomieszanie porządku jest potrzebne do budowania humoru, stanowiącego zdrowy balans dla depresyjnych linii fabularnych. Bo przebój Netflixa jest przede wszystkim depresyjny. Jego bohaterowie i bohaterki to ludzie (i zwierzęta) poharatani przez życie, uwięzieni w klatkach złych decyzji i własnych, toksycznych charakterów. Mr. Peanutbutter, jaśniejący radością i promieniujący pozytywną energią, to na dobrą sprawę niedojrzały psychopata, obsesyjnie szukający szczęścia w każdej sytuacji. To, że jest psem – a więc stworzeniem o niskim poziomie koncentracji – tylko wzmaga jego cechy, co pozwala nam lepiej wyczuć, kim naprawdę jest pod swoją słodką, uśmiechniętą mordką. Diane, milenialka wiecznie uwikłana w rozczarowujące zajęcia związane z tworzeniem rozrywki w XXI wieku (“klepanie contentu” FTW), to postać, z którą może się utożsamić całe prekaryjne pokolenie cierpiące na depresję i ciągłe niedopasowanie towarzysko-miłosne. Princess Carolyn jest uosobieniem pracoholicznego ducha naszych czasów, który wciąż podpowiada nam, co powinniśmy poświęcić na ołtarzu sukcesu. Pod cynicznym pancerzem kryje miękki środek, pochlipujący nad straconym czasem – czasem, który nie dał zbyt wiele w zamian. W kontekście tych postaci Todd, kreowany na komiczny i przerysowany wentyl bezpieczeństwa, wydaje się być postacią, do której warto aspirować – idioty z przebłyskami geniuszu, który może być najbliżej szczęścia z nich wszystkich, bo ma “chłopski rozum” i działa zamiast myśleć. Nawet jeśli to kompletnie kretyńskie działania.

Zostaje nam BoJack Horseman, postać odrażająca i pełna zbyt wielu wad, by je wymienić. Wcielenie bierności prowadzącej do zła, ale i ofiary bezdusznego wychowania. Ten koń-alkoholik stał się bohaterem zbyt wielu demotywacyjnych obrazków krążących po mediach społecznościowych z prostego powodu – jego bierność, niechęć do zmiany i autodestrukcja wydają się naturalną reakcją na niesprawiedliwość, absurdalność i bezcelowość współczesności. Kiedy inne postaci ponoszą konsekwencje swojej aktywności, BoJack po prostu przyjmuje na klatę efekty tego, że jest bierny, bądź wprost zły. On po prostu się poddał, jak zresztą wielu z nas.

Niedawno obchodziliśmy 24. rocznicę pierwszego odcinka “Przyjaciół”. Sukces “BoJacka” może nie jest tak wielki – choć wciąż ogromny – ale na pewno bardzo znamienny. Wtedy świat mógł przeglądać swoje naiwne nadzieje i pochopną radość w głupotkach bandy coraz starszych, a przy tym coraz mniej poważnych ludzi z krwi i kości. Niemal ćwierć wieku później wszyscy patrzymy na konia-alkoholika, przebrzmiałą gwiazdę w depresji i mówimy: “tak, to jest moje życie”. “Przyjaciele” serwowali fukuyamowsko-naiwną wizję świata, który jest jak ostryga. “BoJack” to czarna polewka późnego kapitalizmu, gdzie gnijący smród rozkładu dotarł nawet do stolicy popkultury i rozrywki. To również siła tego serialu – mimo, że dzieje się w świecie showbiznesu (jak wiele innych serii przed nim), to łatwo możemy się odnaleźć w problemach jego bohaterów i bohaterek. Miejsce akcji nie alienuje publiczności, ale jest kolejnym asumptem do komicznych sytuacji i bardzo uszczypliwych (a czasem szokująco bezpośrednich) komentarzy na temat moralnej kondycji współczesnego showbizu.

Ostatni sezon “BoJacka” jest trochę lżejszy w tonie – choć niepozbawiony ciężkich tematów – co bardzo mi się spodobało. Obawiałem się, że czarna dziura nie ma dna, a sezon 4 tę dziurę tylko powiększał, niemal do granic możliwości. Humorystyczne odbicie w sezonie 5 może być przewrotną wróżbą na przyszłość i obawiam się, że będzie tylko gorzej. I dla postaci z serialu, i dla nas wszystkich…