ORBITAL: Muzyka taneczna może mieć pozytywny wpływ na społeczeństwa - Electronic Beats Poland

ORBITAL: Muzyka taneczna może mieć pozytywny wpływ na społeczeństwa

Duet Orbital to żywa legenda muzyki elektronicznej: są na scenie od końca lat 80.

Ich single takie jak „Chime” Czy „Belfast” weszły już do kanonu tej muzyki. Przed ich październikowym występem podczas łódzkiego festiwalu Soundedit, rozmawiałem z Paulem Hartnollem o byciu częścią rave’owej historii, remiksowaniu gwiazd popu, politycznym wydźwięku nowego albumu oraz wpływie tańca na społeczeństwa.

Zaczynaliście karierę w późnych latach 80. gdy wybuchała gorączka acid-house’u i w    Wielkiej Brytanii zaczynało się „Drugie Lato Miłości”. Do dziś jesteście wręcz symbolem epoki  rave’owej. Jak jest być częścią muzycznej historii?

Orbital (Paul Hartnoll): Super, to świetne uczucie, choć  – uwierz mi – raczej o tym na co dzień nie myślę! Kiedyś po prostu nagrywaliśmy naszą muzykę, chodziliśmy na imprezy, wprawialiśmy w  ruch całe to koło zamachowe kultury klubowej. To się działo wokół nas, tworzyła się muzyka i historia. Nikt nie wiedział jak długo to potrwa i jakie piętno odciśnie na kulturze i naszym życiu.

Orbital zremiksował w 1994 roku singla Madonny „Bedtime Story“. Jakie jest twoje zdanie na temat tanecznych remiksów utworów popowych? Czy to droga do zdobycia nowej publiczności czy tylko sposób na zarabianie pieniędzy?

Dobre pytanie! Do dziś pamiętam te spojrzenia i pytania: „Czemu to remiksujecie Madonnę?!” I odpowiadałem z przekonaniem: „Bo to świetna piosenka!”Chcieliśmy zrobić z tego fajny numer klubowy. Poza tym lubiliśmy Madonnę, która zawsze patrzyła do przodu w muzyce, eksperymentowała z brzmieniami elektro czy house, w latach 80. produkował dla niej przecież Jellybean…

I miała zawsze świetne remiksy – już we wczesnej fazie kariery pojawiały się na jej singlach wersje dub np.od Shepa Pettibone’a!

Dokładnie! Miała świetne wyczucie do tych tanecznych trendów. Więc zrobiliśmy swoją  wersję „Bedtime Story”. Pomajstrowaliśmy przy podkładzie, zostawiliśmy refren. Efekt był chyba całkiem niezły. A od lat 90. remiksy klubowe utworów popowych stały się tandardem – czasem wersja taneczna była popularniejsza niż oryginał. Lubimy to.

Uważasz, że twoje pokolenie miało szczególnie dużo szczęścia mając możliwość doświadczenia undergroundowego ruchu tanecznego, nielegalnych imprez rave, magii  pirackich radiostacji i wszystkiego, co tworzyło podwaliny pod kulturę klubową?

Absolutnie tak. Każdy, kto w tym uczestniczył był niebywałym szczęściarzem, bo to już się nigdy nie powtórzyło w tym wymiarze. To był świat grania z winyli, nielegalnych imprez, o których lokalizacji dowiadywałeś się w ostatniej chwili pocztą pantoflową, bo nie było komórek czy internetu. To był koloryt, który zostanie w nas na zawsze. I niczego nie ujmując dzisiejszym imprezom: tamte były prawdziwą przygodą. A fakt słuchania Chicago house czy Detroit techno, a potem tworzenia czegoś własnego w tym guście czynił z nas wspólnotę.

Mówicie, że wasz ostatni album „Monsters Exist“ jest rodzajem komentarza politycznego. Nie wskazujecie co prawda palcem na Trumpa czy Kim Dzong Una, ale jasnym jest, o jakich potworach jest mowa. Czy muzyka taneczna może wpływać na politykę?

Chciałbym, żeby tak było. I trzeba w to wierzyć. Muzyka może mieć wpływ nie tyle na samą politykę – zwłaszcza tę wielką – ale na pewno na ludzi, na społeczeństwa. Jeśli wyjdzie jedna płyta z aluzjami politycznymi, z  oświecaniem ludzi, może niewiele to zmieni. Ale jak to będzie 10, 20 czy 30 takich albumów, to nie ma możliwości by nie wpłynęła na krajobraz społeczno-polityczny. Mam nadzieję, że ludzie słuchają uważnie i widzą co się święci na świecie.

Czy muzyka klubowa potrafi więc wywoływać dobro w ludziach w czasach wszechobecnej  nienawiści i negatywności? Czy tańcząc można zmienić świat?

Ależ oczywiście! Taniec jest dla ludzi bardzo ważny. Ludzie lubią to robić i to od stuleci, to kwestia starożytnych rytuałów. Ludzie, którzy nie tańczą, są nerwowi, źli, sfrustrowani. Dlatego muzyka klubowa wpływa bez wątpienia na to jak się czujesz i jak postrzegasz świat. Zmieniajmy się na lepsze.

Będziesz mówcą podczas tegorocznej konferencje Amsterdam Dance Event. Czego       oczekujesz od pobytu na słynnej ADE?

Bylem już kilka razy na ADE i zawsze jest to fascynujące przeżycie. Uczestniczenie w panelach, spotykanie innych muzyków i same pytania od publiczności są interesujące. Zawsze tam chętnie wracam. Podobnie zresztą jak do Polski! Do zobaczenia na tegorocznym Soundedit w Łodzi!

Co sądzisz o programach typu „Ibiza Proms” czy „Hacienda Classical”, gdzie słynne klubowe hymny grane są w klasycznych aranżacjach na orkiestrę? Czy ludzie po 50-tce     powinni już chodzić do filharmonii czy nadal do klubów techno?

Te popowe programy są całkiem w porządku, nie potępiam ich ani nie  gloryfikuję, ale to całkiem zabawne. Przybliżają w ten sposób naszą muzykę innym ludziom, podając ją w zupełnie innej formie. A największą wartością jest fakt, ze te programy pokazują, że muzyka klubowa jest prawdziwą muzyką. Bo jest grana i aranżowana na orkiestrę, muzycy mają nuty i oddają jej magię grając klasycznie.