Michael Mayer: Muzyka DJ-ska to patrzenie jednocześnie w przyszłość i przeszłość - Electronic Beats Poland

Michael Mayer: Muzyka DJ-ska to patrzenie jednocześnie w przyszłość i przeszłość

W specjalnym wywiadzie Michael Mayer opowiedział nam o pracy w sklepie płytowym w latach 90. i założeniu własnej wytwórni, ulubionych klubach, zmianach na scenie amerykańskiej i krytycznym spojrzeniu na współczesnych klubowiczów.

Koloński producent, DJ i remikser, współtwórca legendarnego labelu KOMPAKT odwiedził niedawno Warszawę, by zagrać w klubie Smolna. W specjalnym wywiadzie opowiedział nam o pracy w sklepie płytowym w latach 90. i założeniu własnej wytwórni, ulubionych klubach, zmianach na scenie amerykańskiej i krytycznym spojrzeniu na współczesnych klubowiczów.

 

Michael, w latach 90. pracowałeś w sklepie płytowym Delirium w Kolonii, z którego to w 1998 roku wykształcił się Kompakt z tobą jako współzałożycielem. Jak wspominasz tamto zajęcie? Była to taka prawdziwa praca czy raczej hobby z pasji do muzyki?
Właściwie to nigdy nie planowałem, by pracować w handlu nośnikami muzycznymi, po prostu tak wyszło. Zresztą byłem chyba pierwszym klientem, gdy Delirium się otworzyło. Pół roku później byłem już współwłaścicielem. Po tym jak większą cześć mojej młodości spędziłem w sklepach płytowych, bo życie uczelniane niespecjalnie mnie zafascynowało, uczynienie z tego zajęcia, zawodu stało się niejako logicznym i naturalnym krokiem.

Otwarcie Kompaktu było wyrazem chęci artystycznej wolności – zainspirował Cię wtedy artystyczne atelier Andy Warhola Fabryka.  W tej chwili KOMPAKT jest już takim konglomeratem projektów: od labelu poprzez kanał dystrybucji  po agencję bookingową. Jak wpadłeś wtedy na pomysł stworzenia takiego konceptu łączącego różne gałęzie działalności muzycznej i jak rozwija się to teraz?
Punktem wyjścia była rzeczywiście chęć jak największej wolności i niezależności artystycznej. Pomijając tłoczenie płyt, to kontrolujemy praktycznie każdy aspekt publikowania naszej muzyki – i to już od 20 lat. Ja i moi partnerzy mieliśmy już pewne złe  doświadczenia, których nie chcieliśmy powtarzać. Były to kwestie takie jak zaporowy kontrakt, którego nie udawało się zerwać, bankructwo, ingerowanie w treści muzyczne – wszystko, co boli artystyczną duszę. My wkroczyliśmy do show-biznesu, by tworzyć ten przemysł z punktu widzenia artysty. Tak się już w tym wyspecjalizowaliśmy i weszliśmy na drogę profesjonalną, że ten nasz etos „zrób-to-sam” funkcjonuje doskonale do dzisiaj.

Robert Babicz powiedział mi kiedyś, że jego gust muzyczny ukształtował mocno koloński klub Warehouse. A jakie miejsce wpłynęło na twój gust i muzyczne preferencje?
Było wiele lokali, które wpłynęły na moje muzyczne fascynacje i gust. W latach 80. był to m.in. klub Drops, czyli tak zwana „super-dyskoteka“ z niesamowitymi laserami i drapieżnymi zwierzętami na parkiecie. Tam chłonąłem italo-disco i tam po raz pierwszy strasznie upiłem się whisky (śmiech).

Od  1998 były to cotygodniowe  imprezy zwane Total Confusion Parties z Tobiasem Thomasem w Studio 672. To było najlepsze muzyczne doświadczenie jakie można sobie wyobrazić! Te 9 lat to był wręcz trudny do opisania – naprawdę piękny czas! Tobias i ja tyle wtedy przeżyliśmy – był śmiech, płacz, nauka. Jestem wdzięczny, że dane mi było tego doświadczyć!

Zremiksowałeś m.in. piosenki Pet Shop Boys i Depeche Mode. Jaki masz stosunek do remiksów – zwłaszcza utworów, które przynależą do świata muzyki popularnej?
Generalnie to znacznie chętniej remiksuję kawałki popowe aniżeli techno. Reinterpretacja utworu techno nie jest żadnym wielkim wyzwaniem: wymieniasz hi-haty, inaczej zapętlasz bas i … gotowe! Dużo bardziej fascynujące jest wziąć na warsztat coś, co jest jak na razie mało parkietowe i uczynić je tanecznym. Zresztą taka jest pierwotna idea remiksów. A pop był moją pierwszą miłością. Już jako dziecko dużo słuchałem i do dziś pamiętam saksofonowe solówki z piosenek z lat 80. ( śmiech).

Powiedziałeś kiedyś, że muzyka DJ-ska to uwspółcześnianie tradycji i patrzenie jednocześnie w przyszłość i przeszłość. Jaka jest twoim zdaniem największa różnica między złotą erą  kultury klubowej z lat 90. i obecną?
Co do złotej ery lat 90., to  zgoda, ale z pewnymi wyjątkami. Bo trafiali się wtedy również słabi DJ-e robiący naprawdę koszmarną muzykę. Ale to, czego mi szalenie brakuje, to tego szalenie zabawowego, wręcz aktorskiego podejścia do imprezy – z większą ilością ironii i naiwności. Teraz wszystko jest nad wyraz poważne i wysterowane. Gdy się czyta niektóre komentarze na Resident Advisor, to można pomyśleć, że chodzi o negocjacje traktatu rozbrojeniowego (śmiech). Absolutnie wszyscy noszą też te asymetryczne czarne ciuchy i okulary przeciwsłoneczne. To dość daleka postawa od krzykliwej euforii początków kultury techno i house. Życzyłbym sobie widzieć więc więcej luzu i czystej, nieskrępowanej zabawy na parkiecie. Prawdziwe życie jest wystarczająco szare i poważne.

Grałeś w październiku w USA na Brooklyn Electronic Festival. Jak oceniasz scenę amerykańską? Czy Stany wracają do swoich korzeni z Detroit i Chicago czy poddają się fali tandetnego EDM?
Tam nadal równolegle funkcjonują oba te światy: i underground i tzw. EDM. Tak, te światy przecinają się tak naprawdę chyba tylko na dużych festiwalach. I dokładnie tak samo jest w  Europie. Z pewnością nie jestem ekspertem od sceny w  USA, ale chyba w międzyczasie urosło to już tak, ze w każdym większym mieście jest jakoś dobry klub. Parę lat temu było z tym znacznie gorzej. A i techno dotarło już do świadomości amerykańskiej klasy średniej.

Czego możemy spodziewać się po tobie w przyszłości: nowe single, kompilacje, występy na festiwalach?
Właściwie to wszystkiego! Mimo wielu letnich występów dużo czasu spędzałem w  studio. Zrobiłem sporo remiksów, które się niebawem ukażą, np.  dla hamburskiej grupy Tocotronic.

Bedzie też podwójny maxi-singiel z ojcami KOMPAKTU: Juergenem Paape, Jaergem Burgerem, Wolfgangiem i Reinhardem Voigtem. I pewien bardzo głośny kawałek ode mnie, czekajcie!

Rozmawiał: Artur Wojtczak