Jetlagz: W pierwszej osobie - Electronic Beats Poland

Jetlagz: W pierwszej osobie

Trzeba w to wtłoczyć jeszcze więcej poezji! – mówi Łajzol u siebie na balkonie na chwilę przed tym jak odpalam dyktafon. To nieco zaskakujące twier ...

Trzeba w to wtłoczyć jeszcze więcej poezji! – mówi Łajzol u siebie na balkonie na chwilę przed tym jak odpalam dyktafon. To nieco zaskakujące twierdzenie jak na rapera kojarzonego bardziej z uliczną, łobuzerską stylówą, niż zwiewną liryką i wieczornymi odczytami wierszy. Ale najnowszy projekt reprezentantów JWP/BC – stworzony wspólnie z Kosim, duet Jetlagz – pełen jest zaskoczeń: od doboru bitów, przez sposób nawijania do nich, aż po komunikację wizualną składu, współtworzący go MC’s nieustannie poszukują nowego języka wypowiedzi. Żeby dowiedzieć się z czego on wynika, na czym polega i dokąd ich prowadzi spotkałem się z nimi trzy razy – u mnie, w Hemp Studio i u nich. Za każdym razem w nieco innej atmosferze i przy innym podkładzie muzycznym, za każdym razem też Kosior z Łajzolem wiedzieli nieco więcej o tym jaki kształt przybierze ich debiutancki krążek „WSK8OFMND”, którego premiera miała miejsce w grudniu zeszłego roku.

Stosunkowo niewiele kojarzę rapowych projektów, które wyewoluowały z grup, w których nie ma blisko 10 raperów jak na przykład w Wu-Tangu czy w Zip Składzie. Zazwyczaj w przypadku mniejszych składów – takich jak JWP/BC – MC’s związani z ekipą wchodzą w kolaboracje z innymi reprezentantami sceny. Skąd u was potrzeba zawiązania duetu?

Kosi: Po części wynika to na pewno z tego, że temat JWP/BC został przez nas mocno wyeksploatowany przez te naście lat istnienia składu, a szczególnie te ostanie parę lat. Graliśmy dużo koncertów, wydawaliśmy więcej niż wcześniej i czas spowodował tez pewne rozjazdy stylistyczne w naszym zespole, a my z Pawłem mamy też jakiś taki wspólny przelot towarzyski – mamy wspólnych przyjaciół z którymi spędzamy czas po koncertach; nie tylko w pracy, ale także poza nią. I z resztą chłopaków też mamy spore grono tych samych znajomych, ale z Pawłem jest nam w tej kwestii chyba najbliżej do siebie, a do tego jeszcze mentalnie, poglądowo i muzycznie również. Część osób w zespole nie chciało robić pewnych kroków na polu muzyki, a my chcieliśmy je zrobić i całkiem naturalnie złożyło się tak, że założyliśmy projekt we dwóch.

Łajzol: To wynikło podczas pracy nad kolejnymi produkcjami JWP/BC – w pewnym momencie zobaczyliśmy, że my wolimy taką właśnie stylistykę, a że coraz częściej pojawiały się u nas w ekipie odmienne zdania odnośnie muzycznych inspiracji, temp, bitów czy nawet poglądów, to utwierdziło nas w przekonaniu, że najbliżej nam do siebie i powinniśmy zrobić coś w duecie. Mieliśmy już nagrane parę takich rzeczy, więc uzgodniliśmy z chłopakami, że bierzemy je dla siebie, choć z początku miały one iść na JWP/BC. W międzyczasie chłopaki też robili swoje projekty – Eros – Szlagier, a Siwers swoje kolejne solo. Dogadaliśmy się więc, że każdy teraz robi coś swojego.

Kosi: Te rzeczy mocno odbiegają od siebie stylistycznie, bo już jak robiliśmy ostatnią płytę JWP/BC to inne propozycje składał Eros, inne Siwers, inne Łajzol, a jeszcze inne ja. Te kawałki były tak różne, że ciężko było to wszystko spiąć jakąś klamrą. Płyty JWP/BC nigdy nie były konceptualne. I choć długo mieliśmy to samo zdanie odnośnie muzyki, to w końcu nastąpił moment w którym poczuliśmy ze trzeba zrobić coś osobno. Co nie znaczy też, że nie będziemy dalej działać pod szyldem JWP/BC czy, że źle nam się współpracuje bo za moment ruszymy z nowymi rzeczami. Na tę chwilę jednak potrzebowaliśmy od siebie trochę odetchnąć.

Łajzol: Moglibyśmy pewnie dalej to robić, ale też pewnie kosztem tak dużego kompromisu, że by nam to zabrało trochę satysfakcji i funu z pracy.

Kosi: A robimy to przecież głównie dla zajawki. Takie trzymanie się na siłę jakiejś szkoły czy stylistyki jest mi kompletnie obce i – tak naprawdę – nigdy nie wierzyłem w to, że trzeba cały czas robić taką muzykę jak robiłeś kiedyś. Zawsze uważałem, że trzeba eksperymentować i przekraczać granice; co nie znaczy, że to nieustannie robiłem, ale zawsze próbowałem i rozkminiałem ten temat. JWP/BC zresztą, wydaje mi się, że było taką właśnie ekipą bo nie stwarzaliśmy sobie żadnych barier – że coś trzeba zrobić tak, a nie inaczej. Zawsze uważaliśmy, że w muzyce nie ma żadnych zasad, oprócz takiej, że ma to być fajna muzyka – że nie trzeba nagrywać zwrotek na raz albo na koncercie umieć koniecznie to wszystko super wyartykułować. Jak nie umiesz czegoś zrobić, to masz wiele urządzeń, które ci w tym pomogą – możesz założyć na wokal jakiś efekt, możesz stosować 1000 różnych technik, które sprawią, że to finalnie będzie fajna muzyka. Wiele lat temu wiedzieliśmy już, że tak to się robi i jak ktoś mi mówił wtedy, że zwrotka musi być nagrana koniecznie na raz i koniecznie bez żadnych efektów na wokalu to się z tym po prostu nie zgadzałem. Według mnie możesz pociąć zwrotkę jak chcesz i na wszystko nałożyć jeszcze pogłos czy cokolwiek chcesz, bo ważne jest tylko to jaki efekt osiągasz. Próbujemy więc teraz zrobić coś nowego – wciąż szukamy swojego stylu krążąc gdzieś pomiędzy naszym sznytem z JWP/BC, starą muzyką na której się wychowywaliśmy i nową muzyką, która teraz powstaje – grime’m, drill’em i klubową elektroniką; inspiracje są wszędzie a my szukamy złotego środka.

 

„Tłoki” są dla mnie takim swoistym numerem przejściowym, tam już słychać to „techno z piwnicy”.

Kosi: To Łajzol zapoczątkował ten numer – bit wybraliśmy wspólnie, ale to ty zrobiłeś refren do którego dopiero później dopisaliśmy zwrotki. I ten numer jakoś tak podświadomie zakończył pewien etap, bo był ostatnim klipem, który wrzuciliśmy jako JWP/BC, ale też nie wjechał na mixtape „20”, który był zlepkiem kawałków jakie nagraliśmy na przestrzeni ostatnich 6 lat i nie weszły one na żadne wydawnictwa.

Łajzol: Ten numer pokazywał już pewne rozbieżności – Eros na przykład nie lubi go grać na koncertach, mówi, że to nie jego styl. A jeszcze wracając do poprzedniego pytania – wydaje mi się, że duży wpływ na powstanie Jetlagz miało to czego słuchamy. Bo my z Kosiorem chłoniemy dużo nowych rzeczy, a Michał (Eros) wydaje mi się, że mało tego słucha, trzyma się klasyki – Skepty nie słucha, a jak wychodzi kolejna solówka od Raekwona to się jara. A mnie to nudzi na tyle, że przełączam. Przy całym szacunku do Reakwona, na którego muzyce się też wychowywałem.

Kosi: Ta estetyka się trochę dla nas wyczerpała, ale też wciąż jest ważna i inspirująca. Ja cały czas mam taką karuzelę muzyczną – wszystko po pewnym czasie się przejada, a potem do tego wracasz i przetwarzasz to w nieco inny sposób.

 

A nie jest tak, że dla wielu osób Jetlagz jest kolejnym – po JWP/BC – wcieleniem JWP?

Kosi: Tak może być ale jest to jednak coś innego i myślę, że następne rzeczy po „WSK8OFMND” jeszcze bardziej to potwierdzą.

Łajzol: Ja nie wiem czy tak jest, bo wśród odbiorców wkracza teraz nowe pokolenie, dla którego JWP/BC jest jakimś totalnym old schoolem i też często nie wiedzą nawet, że jest coś takiego. Poznają nas przez pryzmat singla z Żabsonem albo numeru „Harold Hunter” i zastanawiają się „o, jezu, kto to jest ten Kosior i Łajzol”, sprawdzają nas.

Kosi: Część osób sprawdza nas pewnie po JWP/BC, a do części startujemy teraz, z tym projektem, od zera. Bo też aktualnie jest tak, że to młodzi mają więcej nabić w internecie i my – tak naprawdę – jesteśmy teraz znów w undergroundzie, my się musimy przedzierać przez młodych. Oni musieli się przedzierać przez nas, a teraz my musimy przez nich.

 

Mi się zawsze wydawało, że JWP – jak rzadko która hiphopowa marka – świetnie odnajduje się w nowych czasach i wasza publika nieustannie się odświeża.

Kosi: Bo też coś w tym jest. Mówią że jesteśmy old schoolem a my po prostu robimy muzykę i gdyby prześledzić dyskografie JWP/BC, to mimo wszystko są to rzeczy zróżnicowane i było dużo w niej też wiele momentów na dany czas całkiem nowoczesnych. A jeśli chodzi o naszą publikę, to rzeczywiście mamy sporo młodych fanów i to jest spoko – na koncerty przychodzi dużo dzieciaków i my też jesteśmy dosyć młodzi duchem, mamy dużo młodszych kolegów, którzy się identyfikują z graffiti, deskorolką, naszą muzyką i lifestylem.

Łajzol: To jest ciekawe, że w obecnej sytuacji, gdzie masz tyle new schoolu i codziennie bombardują cię nowe zauto-tune’owane kawałki, to młody słuchacz nadal odnajduje w JWP/BC jakąś świeżość. Mimo, że to jest old schoolowe, a na co dzień obcuje on z tą nową stylistyką, to wciąż do niego trafia.

Kosi: Bo my nigdy nie na siłę, ale zawsze staraliśmy się być na bieżąco. Bazując tylko na przeszłości, nigdy nie pójdzie się do przodu. Trzeba o niej pamiętać, ale trzeba też patrzeć w przyszłość i budować nowe. I tu nie chodzi o znajdowanie nowego targetu, bo my z Łajzolem nie mamy zamiaru teraz z tym projektem zdobyć rzeszy nowych fanów i na siłę się wjebać w ten aktualny mainstream. Chcemy zrobić projekt, który będzie nam odpowiadał muzycznie i wizualnie. I nawet jeśli mamy grać dla mniejszej ilości ludzi, to będziemy grać w fajnych klubach przy fajnej oprawie wizualnej. Chcemy robić jakościowe rzeczy, a nie rozbić bank i na siłę wbić się na wszystkie tegoroczne festiwale. Mamy zamiar sami sobie organizować większość eventów, przy czym pomogą nam na pewno ludzie z którymi się trzymamy, a mamy spory szereg dobrych głów od szeroko pojętej sztuki. Przy Jetlagz dostaliśmy zajebisty feedback od wielu kreatywnych ludzi – dziennikarzy, fotografów, grafików, ludzi od mody, filmowców – wielu chce nam w tym pomagać i z nami działać, jest zajawa.

To jest ciekawe, że większość najbardziej kreatywnych składów na dzisiejszej scenie rodzimego rapu jest stosunkowo świeża, ale werbuje się ze starych wyjadaczy – czy to będzie PRO8L3M czy HEWRA.

Kosi: Fakt. Ci ludzie są mocno po trzydziestce a robią zajawkowe i świeże rzeczy. Czekam teraz, co przyniesie nowe pokolenie, bo ono bardzo wybuchło w przeciągu ostatnich dwóch lat.

 

Tylko wydaje mi się, że oni mają w pewien sposób dużo trudniej, bo jak dziś patrzę – z perspektywy czasu – na początki naszej rodzimej sceny, to wydaje mi się, że jej ogromną siłą był brak dostępu do wszystkiego, co wychodziło w Stanach czy innych miejscach świata – że oryginalność polskiego rapu wyniknęła właśnie z tego, że bazował on na pojedynczych płytach, zgrywanych z satelity klipach czy przeglądanych w empikach starych numerach The Source.

Kosi: Ja myślę dokładnie tak samo, i to samo też było w graffiti. Bardzo dużą siłą warszawskiego graffiti było to, że nie mieliśmy dostępu do farb ani końcówek – mieliśmy tylko jakieś beże i brązy, lakiery co wsiąkały albo spływały ze ścian i to sprawiło, że z perspektywy czasu ta scena była ciekawsza – stworzyła swoje kolory i swoje kształty. I to samo było w rapie, a dziś dzieciaki mogą mieć zajebistą technikę i kozacko nawijać, ale te rzeczy są potwornie podobne do tego, co się dzieje w Stanach – te same auto-tune’y, identyczne bity, podobny sposób rapowania.

Łajzol: To się bardzo rzuca w uszy, że jak ktoś się kimś dzisiaj inspiruje, to często można sobie puścić te dwa kawałki i to jest prawie, że 1:1 to samo.

Kosi: Bo też ci starsi kolesie mają ciut więcej inspiracji. Dłużej żyją, więcej przeczytali, więcej posłuchali tej muzyki i też mają naturalnie większą wiedzę.

Łajzol: I też większy dystans do muzyki.

Kosi: Ja zawsze myślałem, że czarni muzycy w tym gatunku mieli nad nami od początku jakąś przewagę, a teraz wydaje mi się, że to my możemy mieć przewagę nad takim 20-paro-letnim raperem ze Stanów. Nawet nie tyle skillsowo, ale tak mentalnie. Bo jesteś Europejczykiem, masz 30-parę lat, pochodzisz z wykształconego domu bądź środowiska – coś czytasz, chodzisz na wystawy, masz jakieś spostrzeżenia i – po prostu – żyjesz dłużej na tym świecie. Słuchałeś przez te lata punk rocka, techno czy drum’n’bassu i w tym momencie masz większe spectrum inspiracji, większą paletę barw do tego, żeby zrobić coś ciekawego. Co oczywiście nie zawsze tak się składa, bo nie każdy umie wykorzystać te inspiracje, ale właśnie taki PRO8L3M czy HEWRA są świetnymi przykładami tego, że mając te 30 parę czy nawet 40 lat można robić super świeże rzeczy.

 

U was te inspiracje są dosyć szerokie – od różnych współczesnych nurtów takich jak grime czy drill, aż po staroszkolne boom-bapowe brzmienia.

Łajzol: Nieraz z Marcinem gadaliśmy o tym, że nie będziemy się silić na to, żeby nas podpasować pod jakiś konkretny styl muzyczny, tylko raczej dążymy do tego, żeby stworzyć nowy styl – Jetlagz.

Kosi: Dokładnie, próbujemy zrobić swój własny nurt. Choćby to, że mamy w zespole DJ’a nie jest szczególnie popularne w kontekście tych nowych nurtów. A DJ Falcon z którym to robimy jest wirtuozem – jest bardzo utalentowany muzycznie i bardzo pracowity, więc korzystamy z jego umiejętności najczęściej jak możemy. Przełamujemy te nowe tempa gramofonem – niekoniecznie klasycznymi skreczami czy cutami, ale mamy instrument z którego nikt na tej nowej scenie raczej nie korzysta. To daje paletę nowych, zajebistych dźwięków, których próżno szukać w grime’ie czy drillu. Do tego do tych bitów dogrywamy różne syntezatorowe wygrzewki, na wokale nakładamy efekty, korzystamy z auto-tune’a… może nie tak dużo jak niektórzy, ale robimy to po swojemu. Bo chcemy to wzbogacić o drugie dno, ale – tak jak już wspominałem – my się cały czas uczymy, cały czas szukamy swojego stylu. Nad „WSK8OFMND” pracowaliśmy z nowym producentem – realizował nas Szwed SWD, który też zrobił trzy bity na płytę i… wciąż się docieraliśmy – on nas naprowadzał na pewne rzeczy, my go naprowadzaliśmy na inne i zajebiście nam się pracowało – on jest młody, my jesteśmy starsi, ale razem, we trzech się uczyliśmy; szukaliśmy tego czegoś, co ma powstać.

Skoro już jesteśmy przy bitach – kto jeszcze odpowiada za produkcję na waszym debiucie?

Łajzol: Mamy kolesia ze Stanów – Ola Mulla się nazywa, jest z Chicago i poznałem go jak byłem teraz w Stanach na początku roku. Mamy tam dobrego kumpla, Konrada Malusa, który jest mocno wkręcony w muzykę drillową – taką typowo chicagowską muzykę gangów – wie wszystko na ten temat, fascynują go wszystkie te nawet poboczne akcje. Ma taką aplikację, że wie ile osób zginęło w poprzedni weekend w mieście, a przecież w Chicago od 2001 roku zginęło więcej osób niż w Afganistanie i Iraku razem wziętych. I on nas poznał z tym producentem, który robi dla tych drillowców bity, a nam oddał pięć swoich produkcji na płytę. Typ nie jest żadnym mainstreamowcem i nie ma nie wiadomo jakiego studia – byłem u niego w piwnicy w domowym studio – ale brzmienie ma takie naprawdę zajebiste – basowe, wyraźne.

Kosi: Mamy też bit od Erbala T, który wyprodukował numer z Żabsonem. On jest z Londynu i kmini ten grime’owy vibe, bo jest stamtąd – na tym się wychował i świetnie wyczuwa te proporcje, gdzie coś pasuje, gdzie jest tandetne a gdzie chwytliwe; bity od niego naprawdę robią robotę. A teraz kolega namierzył nam też jakiś producentów z Dallas, którzy robią takie old schoolowe brzmienia, ale w nowoczesnych tempach.

Łajzol: Też z racji tych wczesnych numerów, które nagrywaliśmy na początku naszej Jetlagzowej przygody, mamy kilka bitów od Szczura.

Kosi: I też jeden bit dał nam Bass Jan Other, a dwa inne współprodukował i – w ogóle – wygląda na to, że jego współpraca ze Szwedem przy naszej płycie przyniesie jakieś dalsze efekty.

 

Wśród słuchaczy rapu pojawia się często taki stereotyp, że staroszkolni raperzy nie odnajdują się w tych nowych tempach. Jak to jest z wami?

Kosi: My umiemy to i to, a Łajzol jeszcze śpiewa i dobrze mu wychodzą melodyjki. Ja przepracowałem ostatnie 3 lata, bardzo intensywnie nad moją formą muzyczną i rapową i wydaje mi się, że jestem w stanie rapować pod wszystko.

Łajzol: Ja mam bardzo szeroki rozstrzał na tej płycie, bo i przyspieszam na takich grime’owych tempach i mam też kawałki mocno cloudowe, na których sobie coś memłam, rozjeżdżam się i na to jest auto-tune. No i też sporo śpiewam. Myślę, że dużo możliwości dało mi nowe studio, bo u Szweda pracuje się zupełnie inaczej. W naszym starym studiu pod koniec był już straszny zajazd – zawsze było gorąco, najarane, melanż – mnóstwo ludzi, mało miejsca i… miało to oczywiście swój sznyt, bo założę się, że żaden raper nie nagrałby w takim studiu tak dobrych numerów jak my, ale to fizycznie już było męczące; ja tam przychodziłem i po dwóch godzinach bolała mnie głowa.

Kosi: Tam było rycie bani – cały czas kilkanaście osób – przychodzili, wychodzili, szlugi, browary, darcie gęby; żeby dorwać się do realizatora, to musiałeś dwóm kolegom z łokcia wyjebać. I to też było zajebiste, ale się skończyło, bo trzeba czasem zmienić otoczenie.

Łajzol: A u Szweda jest cisza, spokój, posprzątane, nie pali się szlugów, jest maszynka do auto-tune’a, którą Waco przyniósł i myślę, że w związku z tym dostaliśmy nowe możliwości. A Szwed też dostał od nas nową energię i się w tym fajnie odnalazł – nie jest zamknięty i jeszcze dalej stara się otwierać – popychał mnie też do tego, żebym więcej śpiewał. I ja próbowałem dużo nowych rzeczy przy tym projekcie, wcześniej tyle nie eksperymentowałem.

 

Z tym śpiewaniem w rapie to zawsze był grząski grunt, bo zaraz ktoś podnosi raban, że „patrzcie go jak się rozbestwił, wydaje mu się, że jak umie rapować to i umie śpiewać”.

Łajzol: Umówmy się, że ja tu nie biorę się za śpiewanie jakichś arii operowych, to nie jest początek mojej nowej, wokalnej kariery. Generalnie rzecz biorąc, to byłem na jednej lekcji emisji i… nic się tam nie nauczyłem, ale jakiś tam słuch mam, bo mi od przedszkola pani mówiła, więc… chuj, będę sobie śpiewał jak mam taką możliwość. Ale też myślę o tym, że trzeba mieć w tym jakieś granice dobrego smaku i nie przeholować z tym, co niektórym się zdarza. Liczy się złoty środek, ale nie sądzę, że trzeba się bać nowych wyzwań.

Kosi: I też po to jest ten auto-tune, żeby można było śpiewać – wbić tę melodyjkę i w miarę ukryć te fałsze.

Łajzol: Żeby zatrzeć granicę. Bo to już nie wiadomo czy to jest śpiewanie czy rapowanie.

Wspomniałeś o tym złotym środku i jak słucham „WSK8OFMND” to wydaje mi się, że udało wam się go znaleźć również w tekstach na Jetlagz – jest tam sporo numerów „na melanż” ale równie dużo jest tych „z przekazem”.

Łajzol: To racja. Bo są tam i takie imprezowe, nieszczególnie głębokie frazy, jak śpiewam sobie, że „mógłbym w tobie się zadurzyć nawet bez MDMA”, ale z drugiej strony jak sobie tego ostatnio posłuchałem, to zgadzam się, że – kurczę – jesteśmy czasem dosyć zaangażowani w tych tekstach, poruszamy tam i problemy polityczne i socjologiczne. I jak się nad tym zastanawiam, to myślę, że może to jakaś pozostałość po tych latach 90. – że my jednak jesteśmy bliżej tych korzeni i może stąd się to wywodzi. Kiedyś nie mówiło się tylko o zabawie i rzeczywiście poruszało się takie tematy.

Kosi: Choć pamiętaj też o tym, że był Patolog Skład i było PCP, które również było mocno imprezową załogą i zawsze mieliśmy sporo kawałków o imprezach. Od samego początku cisnęliśmy z tematem melanżu.

Łajzol: Bo na wszystko jest miejsce – tak samo w życiu jak i w muzyce. W jednym numerze mogę spróbować powiedzieć co mnie boli w systemie socjalnym w którym żyję, a 3 minuty później mogę nawijać o tym jak mi jest dobrze, bo się naćpałem gdzieś na łące. Nieraz już miałem takie rozkminy, że my jesteśmy takimi neutronami, które krążą wokół czegoś i jesteśmy szczęśliwi tylko w tym środku, tylko tam wszystko jest wyważone. I to się tyczy całej materii, wszystkich rzeczy, które robimy. Tak jest w życiu, w muzyce, w miłości. I dlatego u mnie jest miejsce i na to i na to; i na imprezę i na refleksję.

 

Pytam o to głównie dlatego, że temu „nowemu rapowi” często zarzuca się, że opowiada tylko o ćpaniu i ruchaniu, że zapomniał o swoim antysystemowym przekazie i myśli tylko o pieniądzach.

Łajzol: Ja zupełnie tak nie myślę. Wręcz się cieszę, że ci młodzi wykonawcy nie muszą walczyć z systemem i mogą się skupić na innych rzeczach, na rzeczach przyjemnych i hedonistycznych. To jakieś nowe spojrzenie na to wszystko. I wiadomo, że rap się skomercjalizował, ale cały świat się komercjalizuje – żyjemy w strefie przyspieszającego globalizmu – świat się robi coraz mniejszy i na wszystkim niedługo będzie można robić biznes. Nie ma co się na to obrażać, tylko trzeba znaleźć w tym jakąś swoją drogę, tak jak my próbujemy to robić.

Kosi: I dlatego też nasza płyta a raczej część klipów z tej płyty ma wsparcie kilku zewnętrznych sponsorów – nie jakiejś ogromnej ilości firm i właściwie tylko takich, które są nam w jakiś sposób bliskie, ale bez ich pomocy niektórych rzeczy nie bylibyśmy w stanie zrealizować. Jak chcemy zrobić animację do kawałka „Harold Hunter” i chcemy, żeby zrobił to ktoś, kto zrobi to fajnie – zna temat, kuma tę postać, rozumie naszą estetykę i ma też wypracowaną swoją własną – to ten ktoś ma już zwykle pewne wymagania finansowe, które – de facto – patrząc na popularność i wyświetlenia tego klipu, ze strony biznesowej niezbyt się opłacają. Jak byśmy wydawali to w dużej, komercyjnej wytwórni, która by kierowała się tylko własnym interesem, to zbierałaby się pewnie wtedy jakaś rada nadzorcza i by nam mówili, że – no, nie kurwa, nie wchodzimy w to; pojebało was? co to właściwie ma być? kto to jest ten Harold? o kim wy tam śpiewacie? za ile tysięcy ten klip? przecież tego nikt nie obejrzy; nikt nie zrozumie. A, że działamy na własną rękę i mamy własną wytwórnię, to my to i tak zrobimy, dla własnej zajawki, bo chcemy dać ludziom coś fajnego. Tylko potrzebujemy wtedy jakiegoś wsparcia, bo to kosztuje te kilka tysięcy złotych, a my nie zawsze mamy tyle własnej kasy, żeby zamknąć taki budżet. Do jakiegoś stopnia więc to zawsze będzie komercyjne, bo chcemy to sprzedać i grać koncerty, ale nie mamy względem tego jakichś, nie wiadomo jakich oczekiwań. No i ten kawałek jest trochę anty-systemowy, ale przy produkcji klipu do niego mieliśmy wsparcie sponsorów, małych i oddolnych ale jednak sponsorów – Koka, Dope Cans, Select Shop; a to ludzie, którzy robią biznes.

 

Po waszych wydawnictwach i klipach zawsze było widać, że nie boicie się inwestować w nie większych pieniędzy, a to wcale nie takie częste podejście na naszej rodzimej scenie rap. Większość woli robić wszystko po kosztach.

Kosi: My inwestujemy i jest jeszcze paru artystów, którzy widać, że inwestują dużo pracy i pieniędzy w swoją muzykę. A niektórzy – kurwa – rzeczywiście nic nie inwestują. Mogliby wkładać w to więcej, a wkładają jak najmniej.

Łajzol: Bo też to, że nie wkładasz w to żadnej kasy zazwyczaj nie ma żadnych negatywnych skutków. Odbiorcy w ogromnej części nie są wymagający i wystarcza im ten marny klip za 500 złotych. To nie zachwieje niczyjej pozycji.

Kosi: Ale tu nie chodzi tylko o inwestycję finansową, ale też inwestycję intelektualną i czasową, a w te dwie rzeczy niektórzy również nic nie inwestują.

Łajzol: My inwestujemy dużo w kapitał ludzki – żeby zawsze zebrać tych, którzy uważamy, że są najlepsi w swoim fachu. Bo – na przykład – jestem przekonany o tym, że nasz przyjaciel Bartek Kalinowski robi najlepsze klipy, więc kiedy mogę z kimś innym nakręcić coś od razu, tu i teraz, to i tak wolę poczekać nawet rok i zrobić to z Bartkiem, i jeszcze zapłacić mu 3 razy więcej. I tak samo podchodzimy też do innych rzeczy – dużo dyskutujemy jak to zrobić, żeby wszystko wyglądało jak najlepiej, żeby okładka wyglądała zajebiście, żeby klipy były dobre, żeby te bity jeszcze jakoś podrasować. I zawsze też pojawia się kwestia tego, czy to się sprzeda, bo rzeczywiście musisz mieć jakąś grupę słuchaczy, żebyś mógł to robić dalej, ale wydaje mi się, że jak nie patrzysz tylko na to, tylko koncentrujesz się na jakości, to się zawsze obroni i znajdzie swoich odbiorców. Może nawet mniejsze grono, ale zawsze będziesz miał swoich fanów.

Kosi: A wracając jeszcze do tej antysystemowości, to ona zawsze w nas będzie, bo mentalnie wciąż jesteśmy skejtami i obraliśmy taką drogę w życiu, że to nie jest jakieś super poukładane życie, ale z drugiej strony też… jest, bo mamy rodziny i jakieś tam biznesy. Ja mam 12 letnią córkę i muszę dbać o tę równowagę. Uwielbiam być ojcem i uwielbiam mieć życie rodzinne, ale uwielbiam też życie pojebane i staram się to jakoś zgrabnie łączyć. I to wszystko później wychodzi w tekstach – to szaleństwo i to, że staramy się świadomie, poważnie myśleć o życiu.

Pogadajmy więc może chwilę o tym życiu „pojebanym”. JWP od kiedy pamiętam było składem, który dosyć otwarcie mówił o narkotykach – kiedy większość sceny zarzekała się w tekstach, że „nigdy nie wali prochu”, u was pojawiały się pierwsze linijki o koksie, zanim wielu odkryło swoje psychodeliczne skłonności, u was ten kwas już gdzieś się przesączał. Narkotyki mają jakiś wpływ na waszą twórczość?

Kosi: Na pewno mają wpływ – głupsi jesteśmy prawdopodobnie… Ale też są momenty, kiedy pozwalają spojrzeć na ten świat i otoczenie z nieco innej perspektywy. Jak byśmy nie próbowali tych różnych „zabawek”, to być może to, co robimy byłoby inne, a raczej na pewno byłoby inne. Ale – kurczę – ciężko powiedzieć, bo ja raczej nie piszę pod wpływem używek. Chyba, że palę jointy, a pisząc teksty często to robię… Dobra, czyli piszę pod wpływem używek – pod wpływem marihuany, choć ona już na mnie nie działa i też jestem teraz na etapie sporego ograniczenia tej używki, bo po prostu mi się znudziła.

Łajzol: A pod wpływem kokainy nigdy nie pisałeś? Mi się akurat zawsze dobrze pisze pod wpływem kokainy, chociaż obecnie jej nie zażywam.

Kosi: No, dobra, też pisałem. Pod wpływem MDMA czy LSD nigdy nie pisałem, chyba, że jakoś pośrednio – coś sobie notowałem – ale całego tekstu nigdy nie napisałem, bo ja też jeśli biorę narkotyki to raczej dla zabawy – w klubach, na imprezach, w plenerze i staram się to robić rozsądnie, o ile w ogóle jest to możliwe…

 

Na Jetlagz nagraliście numer „Wielki błękit”, który jest jedną z bardziej dosłownych relacji z kwasowego tripu w polskim rapie.

Łajzol: No tak, tam jest w miarę bezpośrednio. Pisząc ten tekst starałem się opowiedzieć moją historię jak zjadłem LSD w Katowicach i o świcie poszedłem sam do Parku Chorzowskiego, no i chodziłem tam przez 5 godzin i miałem mniej więcej takie doznania jak w tej zwrotce.

Kosi: Ten kawałek jest o halucynogenach, ale jak zaczęliśmy go analizować – bo spodziewaliśmy się, że może paść takie pytanie – to spokojnie możemy też powiedzieć, że jest o wódce. Moje zwrotki przestudiowałem słowo po słowie i to wszystko może zdarzyć się po wódce. A o wódce już Polacy umieją mówić – rodzina się spotyka, stawiasz na stole pół litra i jest luz, dzieci biegają, wszystko jest fajnie – babcia pije, dziadek pije, ojciec pije, matka pije, wszyscy piją wódę, sto lat, sto lat, butelki się zmieniają i jest ok. A jak byś tam położył odrobinę marihuany, to już jest problem, że dziecko widzi narkotyki. I teraz to jest pytanie czy publikować te nasze rozkimny? Bo ja mam dziecko 12 letnie, które umie czytać. Choć przecież nagrałem już te wszystkie kawałki w których pojawiają się różne substancje i one już są; ale też zawsze mogę jej powiedzieć, że to o wódce…

Łajzol: Moim zdaniem właśnie publikować – może to się przyczyni do zmiany mentalności, ale ja musze powiedzieć otwarcie, że u mnie najgorsze rzeczy w życiu przytrafiały się właśnie po wódzie, a jedne z lepszych po psychodelicznych narkotykach. Jak popełniałem jakieś przestępstwo, to po wódzie, jak traciłem coś, to po wódzie… Ale też trzeba zaznaczyć, że wóda dość naturalnie łączy się z narkotykami, z LSD może nie, ale z koksem – na przykład – tak.

Kosi: Mam podobnie jeśli chodzi o wódkę, bo choć przyznam, że czasem ją lubię to po niej właśnie wydarzyło się w moim życiu sporo niedobrego. Nie będę więc nigdy nikogo namawiał do brania narkotyków, ale też nie będę ich zagorzałym przeciwnikiem. Choć – oczywiście – są narkotyki których nigdy nie spróbuje i zawsze będę namawiał do tego by ich nie zażywać. Narkotyk narkotykowi nierówny. I trzeba też dobitnie zaznaczyć, że to wszystko ma swoje konsekwencje na wielu płaszczyznach życia. Ja przyznam, że weekendy miewam dosyć grube jeśli chodzi o imprezy, ale w inne dni koncentruję się w pełni na sprawach rodzinnych i zawodowych i w tygodniu raczej nie spotkasz mnie na imprezie. Choć oczywiście w poniedziałek umieram; poniedziałek to jest niedziela w moim przypadku. Po weekendzie koncertowym czy imprezowym ciężko cokolwiek w poniedziałek zrobić.

Łajzol: Bo niedziela to sobota, sobota bis. Wszystko się przesuwa.

Kosi: Ja w niedzielę już nie piję, nigdy.

Łajzol: Nigdy?

Kosi: No, dobra, jest niedziela, a później poniedziałek – taka już moja prawdziwa niedziela – dziecko do szkoły zawożę.

W kontekście rozmowy o narkotykach najbardziej bawi mnie – i smuci zarazem – fakt, że one się przewijają przez muzykę rozrywkową od samego jej zarania, a każde kolejne pokolenie podnosi larum, że jak ci młodzi tak mogą śpiewać tylko o ćpaniu. I teraz, od 20 już lat, najczęściej obrywa się raperom.

Kosi: To kwestia słów. Bo jak by ktoś rapował, że „przespałem się z piękną kobietą, która miała długie białe rękawy” i to by ewidentnie było o koksie, ale nie tak dosłownie, to wszystko byłoby ok; ci sami ludzie, co się dzisiaj oburzają by sobie to śpiewali przy wtórze radia. Przecież w chuj było takich piosenek, co były zupełnie nie o tym co świat myślał, że są. A jak powiesz to samo dosłownie, to już wszyscy są w szoku a szczególnie w Polsce jest to temat tabu, choć oczywiście też powoli się to zmienia. W rapie masz mnóstwo kolesi, naturszczyków, którzy coś w życiu przeżyli i oni zwykle wykładają kawę na ławę. A rap dziś robi najwięcej ludzi z wszystkich gatunków muzycznych i początkowo przynajmniej nie robią go zwykle dla pieniędzy – żeby się przebić w rapie musisz przejść tę drogę zajawki, musisz się tym jarać i lubić to robić, bo ludzie to czują. Rap jest teraz każdym gatunkiem – może być hip-hopem, heavy metalem, punk rockiem, disco, techno… wszystkim. Ja już na przykład nie szukam bitów, tylko szukam muzyki. Jeszcze ta debiutancka płyta Jetlagz ma wiele cech estetycznych hip-hopu, bo te bity, które wybraliśmy możesz porównać do wielu rzeczy, które się dzieją aktualnie na scenie, ale ja już jestem gdzie indziej. Musiałem przejść jakąś drogę po JWP/BC, gdzie byłem przyzwyczajony do jednego producenta – do Szczura i głównie z nim robiłem; musiałem znaleźć zupełnie nowych producentów. I teraz już – mniej więcej – wiem do kogo bym chciał uderzyć, ale zajęło mi to trochę czasu.

 

Wspomniałeś o tym, że rap jest dziś wszystkim, każdym gatunkiem. Czy w takim razie widzicie gdzieś ramy tego, czym on dla was jest?

Kosi: W przypadku Jetlagz nie widzimy żadnych – moglibyśmy robić i kawałki punk rockowe, i techno, i grime’owe, i drillowe, i klasyczny rap moglibyśmy napierdalać, cały czas szukamy i to nas w chuj jara.

Łajzol: My w ogóle patrzymy na to tak szeroko, że to też działa w drugą stronę – jedziemy gdzieś w trasę, leci Black Sabbath, a my – wow, jaki rap, jaki hip-hop, ale napierdala. Tu chodzi o wyczucie, o umiejętności, o intonację, o treść – to wszystko składa się na hip-hop.

Kosi: I od dawna już tak gadamy, właściwie od początków robienia rapu. Jak ktoś robi coś fajnego, to – o patrz tego jaki skejt, albo ten jaki raper; leci Phil Collins, a Eros od razu – ten jaki raper zajebisty. Przerobiliśmy już to. „Ale silikony zajebiste masz, oooo, bardzo chętnie do nich bym przytulił twarz, oooo, nawet sam Phil Collins tutaj jest na tak, oooo”.

Łajzol: Trzeba wreszcie zrobić tę płytę z re-make’ami!

Kosi: No, trzeba. Bo JWP/BC – my byśmy byli najlepsi, jak byśmy tylko nagrywali takie mixtape’y pojebane, a my mamy taką dezorganizację w składzie – nie umiemy się zebrać razem; jak już jest melanż w studiu to nic nie nagramy, tylko się najebiemy.

Łajzol: A jak jedziemy w trasę to wymyślimy 100 rzeczy zajebistych i potem nikt nie pamięta co to było, albo pamięta, ale to nie zostaje zarejestrowane. Najlepiej jak byśmy mieli jakiś system nagrywania w samochodzie – że jak przekręcasz kluczyk w stacyjce to się od razu odpala dyktafon.

Kosi: Tylko kto to później wszystko przesłucha i wyselekcjonuje?!? Trzeba by mieć człowieka specjalnie od tego – słuchaj Marcin, a myślisz, że ten pomysł tutaj „zesrałeś się…”, to jest fajny? Pod tym względem najlepszy jest Eros – on jest królem wymyślania największych głupot świata, nie pogadasz, niesamowity jest. I my wszyscy byśmy byli w tym najlepsi, jak tylko byśmy to… robili. Mamy w chuj lost tape’ów – numerów, których nigdzie nie puściliśmy, które leżą i się kurzą. Jak byśmy to konsekwentnie robili – nie dwa dni melanżu, tylko dwa tygodnie melanżu i nagrywanie przy okazji, to by ciekawe rzeczy z tego wychodziły. A przez to, że nas jest dużo, to ciężko się zebrać – skumulować swoje umysły w jednym momencie i jednym celu. Ja zabiegałem o to, żebyśmy wynajęli dom na Mazurach na 3 miesiące i stamtąd podczas wakacji jeździli na koncerty. I pomijając to, że byłaby to fajna przygoda, to by się też opłacało finansowo – siedzisz, odpoczywasz, przekminiasz i nagrywasz płytę wreszcie jak muzycy, razem. Tylko też wszyscy muszą być świadomi powagi sytuacji – bo wiadomo, że jest zabawa, ale trzeba znaleźć ten złoty środek – jeśli się za bardzo bawisz, za bardzo skejtujesz, to nie ma roboty. My tak kilka razy żeśmy przyskejtowali i dlatego tych wydawnictw nie mamy zbyt wielu.

 

Ale też – skoro jesteśmy przy wyjazdach – wy zawsze byliście ekipą, która dużo podróżowała i dokumentowała to w klipach. Co wam dają te wszystkie eskapady?

Łajzol: Mnóstwo rzeczy – poszerzają horyzonty, otwierają głowę i dają nowe możliwości. Takie namacalne, jak to, że mamy bity od kolesia z Chicago w którego studiu byłem tam na miejscu, ale i takie, bardziej nieokreślone. Bo ja – na przykład – lubię słuchać radia w tych różnych krajach, które odwiedzam – lubię wiedzieć, co jest tam obecnie na największej rotacji, szukam tych stacji, sprawdzam w necie jakie mają częstotliwości i słucham tego, czego słuchają ci ludzie, których tam spotykam. Poza tym poznaję tych wszystkich innych ode mnie ludzi, jem ich jedzenie, obcuję z różnymi formami sztuki – ze sztukami plastycznymi, z architekturą – to wszystko ma wpływ na moje patrzenie na świat. I mogę też to wszystko później wykorzystać w moich tekstach – jakieś pojęcia, nazwy własne czy zjawiska, które widzę. Podróże zajebiście dużo dają. Po Quebo – na przykład – widać jak mu to dużo dało, jak mu poszerzyło horyzonty to, że nagrywał „Egzotykę” w tych wszystkich miejscach do których trafiał – zaczął patrzeć na to globalnie i dzisiaj nagrywa z typem z Włoch czy z producentem z Kanady. Świat nie ma już żadnych granic, a pierwszym krokiem do tego, żeby na tym skorzystać jest to, żeby uwierzyć, że ich nie ma. Świat jest obecnie taki mały – mamy telefony komórkowe, maile i możemy rozmawiać z każdym gdziekolwiek by on nie był. A kupienie biletu…

Kosi: To dla wielu osób jest właśnie największa bariera. W Polsce ludzie się sami blokują przed tymi podróżami – że daleko, że drogo… A wyjazd do Azji jest tańszy – a na pewno porównywalny – do wakacji we Władku w sezonie, bo jak już kupisz ten bilet do Wietnamu, to na miejscu jest tam w chuj taniej. Wiadomo, że jak jedziesz do tego Władka i bierzesz tam weki, to cię to taniej wyjdzie, ale…

Łajzol: We Władku nie zobaczysz dużo więcej niż u siebie w mieście. A na pewno nie więcej fajnych rzeczy.

Kosi: A każdy dzień w Indiach jest dużo ciekawszy i zupełnie inny niż wszystko co do tej pory przeżyłeś. Ale i tak to się zmienia i coraz więcej ludzi podróżuje. Jak 6 lat temu robiliśmy „Tworzymy historię”, to ludzie mówili – ja pierdolę, pojechaliście tam, robić teledysk, po co? A to nie jest jakiś niesamowicie wielki ruch – trzeba się tylko na to zdecydować. My już z PCP jeździliśmy przecież gdzieś dalej; takie teledyski na odległych miejscówkach i w miarę fajnym produkcyjnym poziomie, to chyba pierwsi zaczęliśmy robić.

Jak niedawno gadałem z Quebonafide, to on mi powiedział, że chwilę mu to zajęło, żeby „nauczyć się podróżować”. Zgodzicie się, że potrzebny jest do tego jakiś know how?

Łajzol: Można to pewnie rozpatrywać na kilku płaszczyznach, bo – z jednej strony – trzeba się nauczyć podróżować spoko-ekonomicznie, żeby nie przepłacać, ale – z drugiej strony – trzeba nauczyć się też podróżować tak, żeby na tych wojażach znajdować to na czym ci naprawdę zależy; nie iść ślepo tam gdzie wszyscy, tylko szukać swoich szlaków. I w tym względzie, może nie niezbędną, ale bardzo ważną sprawą jest dla mnie to, żeby mieć na miejscu jakiegoś przewodnika, a najlepiej takiego, który ma podobną mentalność jak ja, podobne zajawki i może mi pokazać to, czego szukam. To jest super ważne.

Kosi: I zawsze kogoś takiego mamy. Przy okazji wyjazdów z JWP/BC, gdziekolwiek byśmy nie pojechali – czy to była Brazylia, Japonia czy całe Stany, od Nowego Jorku po LA – to zawsze mamy na miejscu ogarniętych ludzi, którzy nam pomagają. Mamy wielu życzliwych przyjaciół na całym świecie.

 

Z mojego doświadczenia podróże też mocno relatywizują spojrzenie na świat. To jak spotykasz tych wszystkich, innych od ciebie ludzi i widzisz inne warunki w których żyją, obcujesz z innymi kulturami, to wszystko uniemożliwia w pewnym momencie wydawanie kategorycznych sądów, a rap jednak preferuje zwykle czarno-białe widzenie rzeczywistości.

Kosi: My jesteśmy bardzo otwarci i tolerancyjni, lubimy ludzi i chyba ludzie lubią nas. Często przekraczamy różne granice, nawet w melanżu, bo może nie robimy jakichś orgii popierdolonych, ale lubimy też nagiąć tę rzeczywistość trochę na przekór ludziom, którzy są w naszym otoczeniu. Śmieszy nas ta konsternacja i oburzenie, takie udawanie, że pewne rzeczy nie istnieją. Że nie mogą ci – kurwa – spodnie spaść do kostek na imprezie, bo coś tam; na chwilę mogą ci spaść, śmiechy są i tyle. Że nie możesz się wywrócić czy położyć na trawie, bo nie wypada, albo nie możesz w metrze usiąść na ziemi, bo już cały wagon się na ciebie patrzy, że jesteś jakiś pojebany. Każdy niech sobie będzie kim chce i niech sobie robi co chce; niech tylko nie robi krzywdy innym.

Łajzol: Mi się to wydaje bardzo ważne, żeby docierać do innych grup społecznych, kast czy kultur, żeby nie mieć zamkniętych horyzontów i starać się patrzeć tak, żeby zobaczyć jak widzą to inni. I tak samo jest na wyjazdach – uwielbiam wpaść w jakieś dziwne towarzystwo – nagle przybujać się z jakimiś dresiarzami albo hipisami, jak w Belgradzie, gdzie poznaliśmy ekipę kompletnych freaków z którymi wciąż mam kontakt na fb, a oni cały czas jeżdżą po lasach na festiwale i zarzucając psychodelę. Mega ciekawi ludzie i widzę to, że tak też można żyć – jeździć po dziwnych ale pięknych miejscach, tripować i pracować na ten swój „low life”. Ważna jest przede wszystkim tolerancja; szanujmy swoje wybory.

 

Na koniec jeszcze chciałem wrócić na chwilę do waszej płyty. Kilka razy pojawia się na niej porównanie mikrofonu do broni palnej. Uważacie, że przy pomocy wersów, zwrotek i numerów można o coś walczyć?

Kosi: To taka klasyczna, rapowa metafora, ale… tak, uważam, że muzyką można o coś walczyć, tylko bardzo łatwo przekroczyć granicę i stać się takim patetycznym mówcą. A my nie czujemy się na tyle odpowiedzialni, żeby ludzi czegoś nauczać i narzucać im swoją wizję. My chcemy ją ludziom przedstawić – opowiedzieć im o swoich zajawkach i obawach, o tym co nam się podoba, a co nie. Pokazać im – choćby – swoją perspektywę dobrej zabawy; bo nawet jeśli ona jest dla ludzi zbyt radykalna czy hardcore’owa, to przecież ja nikogo do niczego nie namawiam – ani do narkotyków, ani do ściągania spodni na imprezie. A ludzie chcą przekazu oczywistego, mówią, że JWP/BC jest monotematyczne i gdzieś tam mogę się z tym zgodzić, ale większość nie kuma jednej rzeczy – że przekaz płynie u nas cały czas między wersami. To jak wyglądamy, jak się zachowujemy, jak między sobą gadamy w wywiadach czy to o czym nawijamy na płytach może ci powiedzieć kim jesteśmy i… to jest przekaz. Pokazujemy jacy jesteśmy i jak można żyć – że nie musisz robić tego wszystkiego tak, jak ci mówią od małego, że jest słusznie, że istnieje więcej niż jeden system. Najprostszy przykład – że musisz pracować od poniedziałku do soboty, a w weekend odpinka. A przecież to są tylko nazwy dni tygodnia, to nasze ustalenia; jedyne co jest pewne i mierzalne, to, że raz jest ciepło a raz zimno, raz dzień – raz noc.

Łajzol: Ja za wszelką cenę unikam pretensjonalności i to się u mnie odzwierciedla w takim prostym zabiegu technicznym, że jak piszę tekst to nigdy nie piszę w drugiej osobie, nie piszę – weź, wstań, zrób tak, tego nie rób, tylko piszę – wstaję rano, robię to i to, czuję to i to. A ty możesz sobie z tego wyciągnąć jakieś wnioski i może czasami jakaś naukę albo… przejść nad tym obojętnie. Tyle.