Festiwal Oczami Foodtruckowca - Electronic Beats Poland

Festiwal Oczami Foodtruckowca

Przez lata mówiło się, że każdy młody chłopak marzy o założeniu baru, w którym mógłby posiedzieć z kolegami i napić się piwa. Wiele dorastających osób chciało otworzyć własny klub czy restaurację. Mieć coś swojego, być kimś, być królem imprezy. Czasy się jednak zmieniły. Niektórzy marzyciele podorastali i zorientowali się, że otworzenie własnego miejsca nie jest ani łatwe, ani przyjemne, ani tanie. Ale chęci tworzenia im nie minęły, dlatego szukali innych sposobów na posiadanie czegoś swojego. Tym czymś dla wielu okazały się food trucki. Małe kuchnie z dobrym jedzeniem, które często zdobywają niemalże kultowy status, zawładnęły wyobraźnią tysięcy ludzi i przez kilka sezonów z rzadko spotykanej atrakcji wyrosły na czołową siłę w zakresie karmienia głodnych w lecie.

Czy festiwal to miejsce do zarobienia?

Mój food truck może i mógłby być jednym z tych szamowozów tworzonych z misji, ale tak naprawdę za otworzeniem bocznej klapy naszego mercedesa stała chęć zarobienia szybkich pieniędzy. Wjeżdżając na każdy festiwal, który szanuje gastronomię, możesz się spodziewać umowy, w ramach której oddajesz 20% swojego obrotu organizatorowi, co z natury jest bardzo fair. Gdy festiwal idzie dobrze i ludzie jedzą, zarabiają wszyscy, a gdy ludzie nie jedzą… wtedy wszyscy sprzedawcy stają się specjalistami od eventów i zaczynają szukać winnych. Oczywiście w historii świata jeszcze żaden food truck, sam w sobie, nigdy nie był odpowiedzialny za złą sprzedaż u siebie. Nigdy nie chodzi o poziom jedzenia czy fakt, że samochód wygląda jakby miał się rozpaść. Podstawowa wina zawsze leży po stronie organizatorów, którzy ustawili go w złym miejscu, tudzież źle rozpisali plan i ludzie zdążyli już zjeść u konkurencji. Food truckowcy mają z natury wysokie mniemanie o sobie i swoim biznesie, nawet jeśli ich błędy są oczywiste dla przeciętnego użytkownika.

Od czego zacząć? I kiedy?

Przygotowania do sezonu, w którym odbywają się festiwale muzyczne, dla food truckowca zaczynają się jakieś dwa tygodnie przed dniem otwarcia pierwszego, gdy trzeba zamówić te składniki, których nie da rady ogarnąć na miejscu. Mam na myśli dwieście kilogramów różnego rodzaju mięsa i pokrojone już warzywa. Oczywiście mięso można smażyć samemu, ale po pierwsze trzeba robić to w swoim mieszkaniu, bo w samochodzie jest to prawie awykonalne, a po drugie – przy dwustu kilogramach mięsa oznaczałoby to smażenie trwające jakieś osiem lat. Co do krojenia warzyw, to biorąc pod uwagę, że jedna z dziewczyn pracujących u nas na trucku rozcięła sobie rękę dwie godziny przed startem festiwalu, zakładam, że walka z setkami kilogramów papryki i cebuli skończyłaby się kilkoma amputacjami. Te dwieście kilogramów mięcha i warzywa trzeba wsadzić do wynajętej na czas imprezy chłodni, a tę dobrze jest wynająć z innym właścicielem samochodu na pół.

Załóżmy, że macie już te najważniejsze tematy ogarnięte i ruszacie do hurtowni. Tam zajmujecie się rzeczami bieżącymi. Jeśli jesteście meksykańską furą, to wiadomo: ser, puszki z kukurydzą, fasolami i oczywiście alkohol, który dobrze skitrany da się przewieźć niezauważony przez ochronę, a uprzyjemni każdy koncert. I jeśli macie szczęście i ogarniętych pracowników, to możecie się skupić na rozpijaniu tych butelek, a nie na walce z grillem. Częściej jednak niż rzadziej zdarza się, że pracownicy gastronomii nie zachwycają ani rozgarnięciem, ani chęcią do pracy, dlatego nawet jeśli jako „szef” miałeś plan tylko nadzorować działanie wydawki jedzenia, i tak w pewnym momencie skończysz w środku, przewracając kotlety.

Grill, ser, alkohol – mieszanka na każdy koncert

Zresztą praca nad grillem jest najkoszmarniejszą częścią posiadania food trucka. Przyjmowanie zamówień – spoko, wydawanie – luz, przygotowywanie jedzenia – trzeba ogarniać, ale przynajmniej nie musisz stać z twarzą w napieprzający grillu, w temperaturze miliona stopni. Oczywiście po trzech godzinach zaczynasz się rozkojarzać, co owocuje dosyć częstymi i bezmyślnymi oparzeniami. Dodatkowo, popijając kupiony w sklepie alkohol, bardzo łatwo upić się przy duchocie, jaka panuje w środku samochodu. Odstawiasz więc alko i skupiasz się na samej robocie, aby o czwartej nad ranem połapać się, że i tak już nie masz siły na picie. Wracasz więc do domu, po drodze spotykając roześmianych festiwalowiczów, którzy dopiero co spędzili radośnie osiem godzin, podczas których przygrywała im muzyka elektroniczna, techno, rock albo dance, a ty z nieziemskim bólem głowy zastanawiasz się, ile kilogramów sera będzie potrzebne na następny dzień?

Powtarzasz to oczywiście co noc. Dodatkowo jeszcze czujesz stres każdego poranka, że kupiłeś za mało jedzenia i nie dasz rady obsłużyć klientów albo kupiłeś go o wiele za dużo i dosłownie wyrzuciłeś pieniądze w błoto, bo nie masz gdzie stanąć z jedzeniem w ciągu nadchodzących dni. Gdy wydaje ci się, że odpoczniesz, okazuje się, że wszyscy pracownicy chcą pójść naraz na jakiś koncert, więc zostajesz, jak frajer, z jedną osobą i robicie pracę, która normalnie należy do czterech.

Przyjemność? Zapomnij

Wszystko to powoduje, że festiwal food truckowca opiera się głównie na braku snu i uczuciu, że w każdej chwili coś się musi spieprzyć. Chciałeś już otworzyć? Okazuje się, że butla z gazem nie działa i trzeba jechać do innego miasta, w trakcie szczytu, po nową. Chciałeś się napić piwa o drugiej w nocy, bo twoja zmiana dobiegła końca? Przykro mi. Musisz znowu jechać, bo okazało się, że brakuje sosu pomidorowego. Ostatniego dnia chciałeś wreszcie odpocząć? Twoja pracownica zachorowała i muza jest dla Ciebie dostępna – z oddali, ledwie słyszalna przez hałasy tłumu. Wracasz do domu? Korki. Nie ma korków? Padła świeca. Jesteś w końcu w domu? Nie ma gdzie zaparkować.

Robota food truckowca jest przesrana. Zarabiasz przez cztery miesiące w roku, wszystko się psuje, wszyscy chcą ci podebrać twoją miejscówkę, nigdy nie masz wystarczająco kasy, aby zrzucić robotę na pracowników, a nawet jeśli masz, to nie wiesz, czy możesz im wystarczająco zaufać, aby cię nie oszwabili. Z drugiej strony – w końcu masz coś swojego, możesz usiąść przed tym food truckiem i poczęstować znajomych nowym daniem, czasami ktoś ci powie, że szukał twojego samochodu po całym mieście, aby móc jeszcze raz spróbować twojego menu. Czasami po sześciu godzinach ciągłej pracy siadasz i myślisz sobie „Wow. To jedzenie jest naprawdę dobre. Naprawdę daje radę. Wow. Mój food truck jest naprawdę fajny”. I potem znowu zaczynasz planować, ile tego sera potrzebujesz na kolejny dzień, bo niby chodzi o kasę, ale fajnie jest karmić ludzi i sprawiać im przyjemność.