DJ Mini - porażka maxi - Electronic Beats Poland

DJ Mini – porażka maxi

Niezgoda to stan naturalny dla wielu przedstawicieli sceny klubowej, ale wystarczył jeden film aby osiągnąć porozumienie ponad podziałami.

Zazwyczaj scena klubowa lubi się dzielić – wystarczy przypomnieć dyskusję o seksizmie w klubach, czy stosunek do takich zjawisk, jak Wixapol. Ale ostatnio pojawił się temat, który zjednoczył zarówno fanów i fanki undergroundowych bibek dla 40 osób, jak i ludzi, którzy na festiwal Audioriver czekają cały rok. Film “DJ”, wyreżyserowany przez Aleksa Korta, niemal jednogłośnie zebrał negatywne opinie. Wystarczył trailer, by internetowy trybunał klubowiczów i klubowiczek uruchomił klawiatury. Nie każdy kto krytykował, ironizował, czy wręcz wyśmiewał tę zapowiedź trafił później do kina. Ja trafiłem i myślę, że mogłem spokojnie zostać przy trailerze. Ostrzegam przed spoilerami, ale nie oszukujmy się – w kontekście filmu to ostrzeżenie to po prostu żart.

“DJ” to film bardzo nieudolny, niestety w żaden sposób nie dostarczający takiej przyjemności z katastrofy, jak filmy w rodzaju “The Room” czy “Miami Connection”. To wymęczone półtorej godziny o żenującym scenariuszu, kiepskiej grze aktorskiej i montażu, który prawdopodobnie został wykonany przez 16 różnych osób, które nie miały ze sobą żadnego kontaktu. Debiutujący reżyser nie powstrzymał wręcz apoplektycznej ekspresji Mai Hirsch, która pewnie usłyszała, że “DJ’e ruszają się na scenie”. Owszem, ruszają się, ale do muzyki i reagując na salę – coś pomiędzy atakiem padaczki a ćwiczeniami kung fu jest delikatną przesadą. Nikt nie zadbał również o to, by sceny miały długość adekwatną do ich wagi, a bardzo płynna sugestywność i symboliczność pewnych scen powoduje skręcanie się zwojów mózgowych. Wątki pojawiają się i znikają, czasem zupełnie bez wyjaśnienia, jest kilka scen, które są tak losowe i niezwiązane z główną fabułą, że podejrzewam je o wypełnianie zobowiązań wobec mecenasów filmu (np. brytyjskiego hrabstwa, gdzie kręcono “DJ’a”). Jak na film o muzyce, soundtrack jest bolesny – Uner, rozdarty między Berghain, Ibizą a “elementami muzyki filmowej” (wiecie, powinny pojawić się skrzypce, bo przecież to podstawa muzyki filmowej) zupełnie nie sprawdził się jako kompozytor. Pomijając historie zza kulisów powstawania filmu i prawdziwą motywację jego istnienia – to nudny i zbędny seans, który nie ma żadnej wartości ani dla miłośników i miłośniczek kultury klubowej, ani filmowej publiczności.

Na poziomie rzemieślniczym film to kompletna porażka, to już wiemy. Ale jak wygląda muzyczna kuchnia, która gra tu tak ważną rolę? Reżyser mówił, że zafascynował się tą kulturą i chciał ją oddać jak najlepiej. OK, to dlaczego film sprawia wrażenie, jakby był oparty na pogłoskach i echach informacji? Ktoś zauważył, że w studiach są często dwa monitory – stąd w filmie “DJ” mamy nie tylko dwa ekrany, pod biurkiem stoją dwa komputery! Owszem, logiczna konkluzja wynikająca z dwóch monitorów, ale wystarczyło zapytać kogokolwiek (może Unera, skoro i tak pracował przy filmie?), by nie popełnić takiego błędu. Słusznie można mi zarzucić czepialstwo wobec szczegółów, ale ten film składa się wyłącznie z takich małych, dziwacznych decyzji, które się nawarstwiają i powoli pożerają poczytalność. Studio DJ Mini jest naładowane sprzętem, ale nigdy nie widzimy prawidłowego użytkowania tego sprzętu – wprost przeciwnie. Artystka ma okazję zagrać imprezę w londyńskim Ministry Of Sound, ale musi imprezę wypromować samodzielnie (co robi przy pomocy… ulotek i plakatów, najwyraźniej w tym uniwersum nie istnieje Facebook), a do tego wykupić część biletów z góry. Nie znam wewnętrznej polityki MoS, ale brzmi to jak przepis na katastrofę frekwencyjną. W błyskawicznym trybie lecimy z Polski (gdzie grasują nieszczerzy radiowcy i komercyjni DJ’e), przez Londyn (gdzie można znaleźć mądrych staruszków wynajmujących łodzie na biby techno, ale z zakazem brania narkotyków), aż na Ibizę (gdzie urzęduje satyropodobny, lubieżny magnat klubowy, który trzęsie niemal całą wyspą, a przy okazji realizuje szkodliwe stereotypy na temat ludzi z Bliskiego Wschodu). Tutaj Mini może rozwinąć skrzydła, czyli poćpać ze swoim mentorem (Steve Revell, który prowadzi imprezy pod szyldem – a jakże – Revellation, z “t” jako odwróconym krzyżem), a kiedy ten umrze w wyniku krwiaka i narkotyków, ukraść jego pendrive’a z utworami. Szybki upload na YouTube, miliony wyświetleń nabijane w jedną noc, twarde negocjacje z lubieżnym satyrem i pyk – DJ Mini podbija Ibizę, a tym samym klubowy świat. Chwila wyrzutów sumienia, ale ostatecznie wykop nogą na scenie pod pulsujący bit. Koniec.

Film “DJ” miesza tyle różnych pogłosek i mitów na temat dj’skich karier, że od pewnego momentu staje się to imponujące. Reżyser opowiadał, że film narodził się na Ibizie, gdzie weteran DJ’ingu opowiedział mu historię o tym, jak zrobił “straszne rzeczy”, żeby dostać się na szczyt. Wyobraźcie sobie tę sytuację: Ibiza, używki, bibka, podchodzi jakiś typ i nakręca taką historię. Aleks Kort łyknął to jak pelikan i taki jest też film “DJ”: scenariusz ma strukturę plotki bądź anegdoty, a realia sceny klubowej oddane w filmie to zbiór mitów i domysłów. Patrząc przekrojowo na filmy i seriale o scenie muzycznej, można dojść do wniosku, że to niewdzięczny temat na ekran. Można zrobić filmy o osobowościach muzycznych (“Control”, od biedy “The Doors”), można wyśmiewać mechanizmy branży (“This Is Spinal Tap”), ale poza formą dokumentu ciężko oddać coś tak efemerycznego, jak praca muzyczna. Można wspierać się kliszami z filmów sportowych, ale do tego potrzebujemy albo ostrza satyry, albo prawdziwej osobowości, na której można pracować. Jak się domyślacie, DJ Mini nie spełnia tego wymogu. Jedyne, co udało się w miarę dobrze oddać w filmie “DJ”, to nudę spozierającą z imprez i pracy studyjnej. Tak powstaje muzyka – jeśli nie jest się w to zaangażowanym osobiście, będzie to nudny obrazek z człowiekiem przed komputerem. Impreza nakręcona filmową kamerą to również nic ciekawego – i nie ma w tym nic dziwnego, techno i house trzeba przeżyć, żeby w pełni wyrobić sobie zdanie, czy nawet zrozumieć w czym tkwi fenomen kultury klubowej.

Oceny filmu – przynajmniej wśród entuzjastów i entuzjastek muzyki klubowej, bo odbiór krytyki filmowej jest bardzo negatywny bądź nieistniejący – skupiają się właśnie na tych aspektach: “DJ” nie oddaje prawidłowo kultury klubowej, a wręcz czyni jej szkodę. Po raz kolejny możemy zaobserwować, jak bardzo zaangażowana jest klubowa publiczność, jak bardzo chce, by świat widział jej pasję w realnych barwach. Bardzo szanuję to podejście, ale uważam, że te wszystkie problemy z oddawaniem realiów nie byłyby aż tak straszne, gdyby nie fakt, że tego filmu po prostu nie da się oglądać. Podobny obraz to “We Are Your Friends” – EDM-owa bajka, która również jak “DJ” korzysta z klisz filmów sportowych (np. podstarzały mentor tracący pasję, młody talent, który pasję rozgrzewa na nowo). Tutaj także kuleje oddawanie klubowych realiów, ale film ma przynajmniej – najczęściej niezamierzoną – wartość rozrywkową. “DJ” nie jest koszmarem, bo pokazuje kulturę klubową nieprawidłowo, jest koszmarem, bo to półamatorska produkcja, dodatkowo pozbawiona przebłysków, które potrafią takie filmy ratować.

Warunkiem takich przebłysków jest szczerość intencji. Śmiem twierdzić, że jego twórcy takich intencji nie mieli. Pomijając biznesy prowadzone przez reżysera (np. dystrybucja polskich filmów w UK) i – nie wiem czy prawdziwą – historyjkę o spotkaniu na Ibizie, film “DJ” cały czas każe publiczności kwestionować jego motywacje. Zbyt wiele lokacji i wydarzeń jest przypadkowych, nawet product placement jest w tym filmie przeprowadzony wyjątkowo nieudolnie. Ale jest jeszcze jeden niepokojący, a może w gruncie rzeczy zabawny trop, na który naprowadził mnie redakcyjny kolega, Kacper Peresada. To film “Beat Girl”, niskobudżetowa produkcja brytyjska z 2012 roku, który zawiera zaskakująco podobne wątki (np. muzyczka klasyczna wchodząca w świat DJ’ingu), a który mógł być twórczym wsparciem (potocznie mówiąc, materiałem do zżynki) lub inspiracją dla “DJ”.

Jak widać, pytań i fascynujacych tropów w tej historii jest bardzo dużo. Dużo bardziej fascynujących niż sam film. Specjalnie ominąłem cały wątek feministyczny, który miał rzekomo przyświecać twórcom. W skrócie – nie za bardzo przyświeca. Historia powstawania filmu “DJ” i reakcje publiczności na jego istnienie to najlepsze aspekty całej tej sprawy. Przede wszystkim podziwiam zaangażowanie i pasję klubowiczów i klubowiczek – raczej zostawiłbym pytanie “czy kiedykolwiek doczekamy się dobrego filmu dj’skiego” i zamieniłbym je na: “czy w ogóle takiego filmu potrzebujemy”? Myślę, że nie. Kultura klubowa to dość hermetyczne zjawisko (jak każda kultura skupiona wokół muzycznych stylistyk) i najlepsze świadectwo o niej zawsze będzie na parkiecie. Oszczędźcie sobie cierpienia, nawet jeśli lubicie filmy tak złe, że aż dobre – to nie jest jeden z nich.