Boysband na fali – czy Brockhampton to nowe Odd Future? - Electronic Beats Poland

Boysband na fali – czy Brockhampton to nowe Odd Future?

Hype na pstrym koniu jeździ. Jeśli istnieje jakaś naukowa formuła, która potrafi skalkulować, co zostanie uniesione na fali, to jej twórca/twórczyni nap ...

Hype na pstrym koniu jeździ. Jeśli istnieje jakaś naukowa formuła, która potrafi skalkulować, co zostanie uniesione na fali, to jej twórca/twórczyni naprawdę sporo zarobi. W tym roku fala internetowych pochwał uniosła kolektyw BROCKHAMPTON. Czy słusznie?

Najbliższe porównanie to oczywiście Odd Future. Podobnie jak w grupie Tylera, mamy tu ludzi od strony wizualnej, a nawet kogoś w rodzaju maskotki – chociaż Robert Otenienta ma większy wkład wokalny niż Lucas. W jakimś sensie to porównanie jest uprawnione, tym bardziej, że rozstrzał stylistyczny, śmieszkująco-punkowa estetyka i ogólny luz, to wspólne punkty między obiema grupami. Różnica jest jednak zasadnicza: większości członków BROCKHAMPTON da się słuchać. Nie ma tu sytuacji, którą znamy z Odd Future czy A$AP Mob, gdzie widać jednego lub dwóch porządnych artystów, a reszta ekipy blednie nie tylko na tle liderów, ale kompletnie nie broni się samodzielnie. Grupa, którą zebrał Kevin Abstract to przegląd różnorodnych flow: od szalonego Merlyna Wooda, poprzez chłodnego Ameera Vana, aż po pływającego Doma McLennona (i wszystkich pomiędzy, chociaż Matt Champion wciąż nie wybrukował sobie drogi do mojego serca). Jest na czym zawiesić ucho.

 

Grupa spotkała się na forum poświęconym Kanyemu Westowi i zdecydowanie odrobili lekcję serwowaną przez gwiazdę: dbaj o wizerunek, zaoferuj coś poza muzyką, nie bój się eklektyzmu, prowokuj. O ile prowokacje grupy są małego kalibru, o tyle wizualna otoczka i stojąca za nimi historia są bardzo atrakcyjne. Półamatorskie, urocze teledyski, skity, które bywają zabawne i rzecz najważniejsza – BROCKHAMPTON każą tytułować się boysbandem.

Czy Kevin Abstract dobrał sobie współpracowników? Tak. Czy poszedł kluczem stereotypów, czy ról, które każdy ma wypełniać, jak na boysband przystało? Raczej nie. Czy istnieje biznesplan obliczony na każdą okoliczność? Chyba nie. Cała sprawa z “boysbandowaniem” to bardziej zabawny zabieg marketingowy, aniżeli wstrząsająca historia powstania grupy. Sam Kevin Abstract mówi, że założył ją, bo nie miał przyjaciół.

Nie sądzę, że osiągną cel, który sobie postawili – “bycie najpopularniejszym boysbandem w USA”. Backstreet Boys są nie do ruszenia, a ciągnąc ten żart dalej, nawet Migos nie są zagrożeni. Z pewnością jednak Brockhampton znajdą wielu fanów i fanek, spragnionych świeżego rapu.

 

Wbrew temu, co głoszą niektóre teksty na temat grupy, trzeba być fair – nie mamy do czynienia z muzyczną rewolucją. Ich bity to kolorowa mieszanka współczesnego hip-hopu, czasem bardziej przystępna, czasem bardziej odważna i eksperymentująca, czasem niczym nie różniąca się od większości raperów na fali (“SATURATION II” miejscami brzmi jak hołd dla Vince’a Staplesa, słychać też echa Pac Div). To oczywiście nie znaczy, że BROCKHAMPTON można zignorować, albo wrzucić do koszyka “nowocześni raperzy”, przykryć włosami Lil Uzi Verta i spać spokojnie.

Sposób, w jaki poszczególni członkowie wchodzą ze sobą w interakcję, stopień komedii i popkulturowych gier w tekstach (“STAR” jest nie do przebicia), czy zakres tematów składają się na fenomenalną, uzależniającą całość. Choćby “JUNKY” i wspaniały sposób, w jaki Kevin Abstract rozprawia się z homofobią i hipokryzją rapowego środowiska; wszystkie naładowane społecznie teksty dotyczące rasy; trudna emocjonalność, której nie rozładowuje pretensjonalność – coś, czego mogliby nauczyć się XXXtentacion, czy Lil Peep, którzy wskrzesili demony nu-metalu.

Spora w tym również zasługa swobody i lekkości, z jaką wokaliści poruszają się po bitach. To wszystko podbijają też świetne podkłady, które nie boją się flirtu z rockiem, R&B, czy brzmiącymi wschodnio melodiami (moim producenckim faworytem jest Jabari Manwa).

Grupa zadebiutowała całkiem porządnym mixtapem “All-American Trash”, ale dopiero tegoroczny album “SATURATION” zebrał większą uwagę publiczności. Zresztą, bardzo szybko – i zgodnie z tytułem – pojawiła się kolejna płyta, “SATURATION II”, a tuż za rogiem czyha zwieńczenie trylogii. To dużo materiału w krótkim czasie (debiutancki mixtape wyszedł w zeszłym roku), ale szczęśliwie ilość idzie w parze z jakością. Zresztą, owa saturacja wynika z liczebności kolektywu. Gdybyśmy policzyli zwrotki poszczególnych członków grupy, nie wyszłoby tego tak dużo, a że formuła BROCKHAMPTON działa naprawdę dobrze, to mało kto narzeka na ilość muzyki od ekipy z Los Angeles. Osobiście chyba wolę showcase’ową naturę “jedynki”, niż bardziej spójną, ale jednak mniej awanturniczą “dwójkę”, co oczywiście nie znaczy, że BROCKHAMPTON spada forma. Nie sądzę też, że trzeci “SATURATION” przyniesie wielkie zmiany w recepturze i mało kto poczyta to za wadę nie do przejścia, czy objaw zastoju. Skoro King Gizzard & the Lizard Wizard wydają w tym roku 5 albumów, to trylogia od BROCKHAMPTON nie wydaje się aż taką przesadą.

Czy hype jest zasłużony? Jak najbardziej tak. Może nie mamy do czynienia ze wstrząsem, jakiego dokonało wejście na scenę Chance the Rappera, czy nawet Odd Future, ale BROCKHAMPTON doskonale robią swoje. Ignorując klipy, całą sprawę boysbandu, czy seksualność członków grupy, wciąż zostaje nam sporo świetnej muzyki, od której ciężko się uwolnić. Jeśli jeszcze ich nie słyszeliście, to nie śpijcie, bo omija Was jeden z najciekawszych rapowych debiutów ostatnich lat!