Kamikaze bez celu - Electronic Beats Poland

Kamikaze bez celu

Eminem strzela, ale z jakim skutkiem?

Eminem jest wielkim artystą. Bynajmniej nie pod względem treści – ciężko traktować go poważnie, jeśli ma się więcej niż 16 lat – ale przed Drakiem i Kendrickiem Lamarem to właśnie on był twarzą rapu. Nie można odmówić mu umiejętności, a nawet mimo dość rozczarowującej dekady, jaką ma za sobą, wciąż pozostaje jednym z najpopularniejszych artystów na planecie. I odnoszę wrażenie, że ta rozpoznawalność to jedyne, co trzymało jego karierę przy życiu. Od “Encore” mieliśmy do czynienia z coraz gorszymi wydawnictwami (“The Marshall Matters LP 2” jest w najlepszym przypadku przeciętny), ze zgniłą wisienką na kiepskim torcie w postaci “Revival”, zdecydowanie najgorszą płytą w dorobku rapera. Eminem od lat sprawia wrażenie artystycznie pogubionego, co może mieć źródło w wielkim sukcesie, jaki odniósł na początku lat dwutysięcznych. Wtedy stał się ikoną popkultury, mniej lub bardziej kontrolowanym bad boy’em, z którym pośmiejemy się wspólnie z Britney Spears. Dzięki temu przewrotnemu zbliżeniu z mainstreamem Eminem się oswoił, został wentylem bezpieczeństwa, klasowym klaunem, który głośno pierdzi i wszyscy, łącznie z nauczycielem, się śmieją i mówią: “ach ten Em”.

Dość mocno odbiło się to na jego muzyce, która stawała się coraz bardziej wygładzona, pełna koszmarnych, bombastycznych refrenów i bitów przypominających mema ze Stevem Buscemim, mówiącym “how do You do, fellow children”. Nawet jeśli Eminem tracił fanów ze starych lat, to dzięki hitom takim, jak “I Love the Way You Lie”, zyskiwał nową publiczność. Ale “Revival”, koszmarny album wydany w zeszłym roku, przebrał miarkę. Pozszywany z popowych klisz i kiepsko brzmiący, zebrał cięgi zarówno od krytyki, jak i fanów i fanek. Eminem jest raczej konsekwentnym typem, więc można się było spodziewać jakiejś formy odpowiedzi na tę globalną ewaluację.

I tak dochodzimy do “Kamikaze”, albumu-niespodzianki, który próbuje naprawić szkody poczynione przez “Revival”. I… Co się chłopak narapował, to jego, ale otworzył zupełnie nowe fronty, które mogą być problematyczne. “Kamikaze” to płyta dużo lepsza niż “Revival”, ale wciąż lekko chaotyczna. Em próbuje swoich sił na nowocześnie brzmiących bitach, tryska charyzmą i wreszcie porzucił bombastyczne refreny. Przede wszystkim jednak – oddaje strzały. Najlepiej wypadają te skierowane w stronę Drake’a, sprytnie ogrywające słowo “duch” (aluzja do tego, że Drake korzysta z usług ghostwriterów). Najgorzej – niepotrzebny, homofobiczny wjazd na Tylera, the Creatora, którego trudno uznać za rapowego szkodnika. Obrywa się mumble raperom (oczywiście), chociaż pocisk wymierzony w Lil Xana i Lil Pumpa jest lekko nietrafiony – żaden z nich raczej nie stara się udawać Lil Wayne’a, mimo, że mają podobne ksywki i tatuaże na twarzy. Lil Yachty z kolei dostał terapię pasywno-agresywną, z jednej strony Em wie, czemu sympatyczny młodzian jest popularny, z drugiej mówi, że osobiście ma wyższe wymagania wobec raperów. Warto również dodać dość sztampowe narzekanie na krytykę muzyczną, Donalda Trumpa i Mike’a Pence’a.

Z tej całej litanii wjazdów (a zostały nam jeszcze dwa) większość zostanie bez odpowiedzi. Ciężko jest mi wyobrazić sobie, że Drake – szczególnie po beefie z Pushą – ruszy do walki z Eminemem. Tyler również to zleje, może w jakimś wywiadzie odpowie na tę sytuację półżartem. Nie jestem pewien, czy Xan i Pump w ogóle wiedzą, kto to jest Eminem, a Yachty swoją odpowiedź sprowadził do żartobliwego tweeta. Natomiast autor “Kamikaze” doczekał się dwóch odpowiedzi o poważniejszym statusie. OK, półtorej odpowiedzi, bo ciężko mi w jednym zdaniu zestawiać słowo “poważny” z Machine Gun Kellym. Zacznijmy od Joe Buddena, który od jakiegoś czasu jest na rapowej emeryturze i skupił się na działalności podcastowej. Joe formalnie wciąż jest w wytwórni Eminema – Shady Records – ale nigdy nie ukrywał swoich poglądów na temat współczesnej twórczości rapera z Detroit. Oprócz krytyki “Revival”, miał również pretensje co do kierunku, w jakim wytwórnia pchała grupę Slaughterhouse, której był częścią. W “Fall” Eminem rapuje: „Somebody tell Budden before I snap, he better fasten it/ Or have his body baggage zipped/ The closest thing he’s had to hits is smacking bitches.” Odpowiedź Buddena nie była dissem, raper stwierdził, że z emerytury wyciągnie go dopiero cały numer skierowany przeciwko niemu. W swoim podcaście powiedział m.in. że od dekady jest lepszy niż Em, a do tego ma coś do powiedzenia, w przeciwieństwie do swojego przeciwnika. Na dobrą sprawę Budden ma rację, jestem bardzo ciekawy, jak – i czy w ogóle – odpowie na to Eminem.

 

Machine Gun Kelly, który od Eminema oberwał m.in. za creepiastego tweeta na temat jego córki, odpowiedział dużo bardziej tradycyjnie, nagrywając dissa pod tytułem “Rap Devil”. Z pewnością będzie to największy przebój w karierze MGK, która od jakiegoś czasu stoi w miejscu. Natomiast jeśli chodzi o jakość… No cóż, MGK nigdy nie był najostrzejszym ołówkiem w piórniku i sięga po chwyty rodem z piaskownicy. Śmieje się z brody Eminema, jego wzrostu, wieku i urody. Słuchając “Rap Devil” kompletnie nie dziwi mnie to, że Em już zapowiedział brak odpowiedzi.

W zasadzie Eminem mógłby zostawić sprawę samą sobie – w dobie mediów społecznościowych żywotność takich wydarzeń jest naprawdę krótka – ale chyba poczuł wiatr w żaglach i nagrał “Killshot”, diss na bicie IllaDaProducer.

“Killshot” to diss niemal idealny. Eminem wziął pojazdy MGK i obrócił je przeciwko niemu. Choćby argument o starości, który stanowił główną oś dissu. Eminem “woli być osiemdziesięcioletnim sobą niż dwudziestoletnim MGK” i słusznie zauważa, że jego kariera przyćmiewa karierę przeciwnika: “But I’m 45 and I’m still outselling you/By 29 I had three albums that had blew”. Szczególnie ranić musi porównywanie Kelly’ego do Stana, obsesyjnego fana z przeboju Eminema, albo stawianie go w jednym szeregu z Iggy Azaelią i Taylor Swift (które tu symbolizują fałszywe publiczne persony). Czego by nie myśleć o Eminemie, “Killshot” to perfekcyjnie wymierzony cios, który może skończyć karierę Machine Gun Kelly’ego. Jaka będzie jego odpowiedź? A czy to ważne? Em mówiący w dissie, że z kopca kreta zrobił górę (oraz że dał Kelly’emu karierę, by ją potem zniszczyć) trafia prosto w punkt – MGK nigdy przedtem i nigdy później nie był i nie będzie tak popularny, jak jest teraz dzięki temu beefowi.

 

Eminem lubi wywoływać kontrowersje i aktywizować ludzi (tutaj wmieszała się również Remy Ma i G-Eazy, który przy tej okazji postanowił zdissować MGK), szkoda, że nie idzie za tym muzyczna jakość. Fani i fanki rapera mogą śmiało uznać “Kamikaze” za powrót do formy, reszta może co najwyżej obserwować, jak rozwijają się beefy rozpoczęte na płycie. Mówiąc szczerze, to też rozrywka o raczej letniej temperaturze, chyba, że Joe Budden wyskoczy ze spektakularnym atakiem (a raczej nie wyskoczy), a Eminem postanowi zjeść MGK w jednym dissie (czego nie zrobi, bo ciężko jeść coś, co praktycznie nie istnieje). Hip-hop w 2018 roku obfituje w beefy, szkoda, że nie ma ich więcej o jakości potyczki Pushy T z Drakiem. A, przepraszam, Nicki Minaj i Cardi B obrzucają się butami i wyzwiskami. Żaden gatunek nie cierpi przez media społecznościowe tak bardzo, jak rap…